Ostatnie notki
Zakładki:
. Coś pięknego
0. Moje szablony
1. Zawsze:)
2. Na dobry dzień
3. Deser
4. Koty i psy
5. Tematyczne
6. Klimatyczne
7. Z kluczykiem
8. Takie tam
9. Inne
Z czasem
![]()
|
poniedziałek, 08 lutego 2010
Pochwaliłam się na fejsbuku, że zwaliłam 3,5 kilograma w tydzień. Jako, że każdy dobry uczynek musi mieć swoje konsekwencje, Bena zasugerowała pochwalenie się dietą, co by ją rozpowszechnić w narodzie, aby i inni się męczyli.
Dziewczyny dzieliły się wiedzą chętnie, pławiąc w świetle reflektorów naszej zazdrości;). Nakazały natychmiastowy zakup książki „Metoda dr Dukana” i wyjaśniły o co biega. Dr Dukan jest francuskim lekarzem z ponad 35 letnim stażem, który opracował swoją, wyjątkową oraz jedyną w swoim rodzaju;) metodę pozbawiania pacjentów nadmiarów jestestwa. Założenia są logiczne. Upraszczając niezmiernie, na moje potrzeby, żeby strawić białko trzeba wydatkować energię, żeby ją wydatkować trzeba ją skądś wziąć, wziąć ją łatwiej z tłuszczu w organizmie (nie dostarczamy cukrów, węglowodanów i tłuszczów) niż z białek i tak kółko się zamyka… Dieta ma cztery fazy, które osobiście porównuję do małżeństwa, w którym na jaw wyszła zdrada. Pierwsza faza to mięcho, chudy nabiał, mięcho, jajka, mięcho, ryby i mięcho. W tej fazie, trwającej 1-10 dni walisz organizm obuchem w łeb i robisz mu dziką awanturę. Zupełnie jak w związku, w którym na jaw wychodzi kochanka, a „żona” nam krzywo chodzi. Organizm jest najpierw zaskoczony, ospały i smutny, a następnie dostaje pokaźnego wkurwu. I odbija sobie naszą awanturę. Ale z organizmem – jak z dzieckiem – trzeba być konsekwentnym… Jeśli jesteś - tracisz circa about 3 kilogramy. Druga faza to naprzemiennie: dzień białka i dzień białka z warzywami. Tu organizm już nas lubi. Zaczyna się łasić i udawać, że awantur nie było. Trochę jak związek po odejściu kochanki. Jeszcze nieufni, ale już udają, że nic się nie stało. Trwamy tak, aż stracimy wymarzoną liczbę kilogramów, przy czym średnio jest to 1kg/tydzień. Trzecia faza – to czas stabilizacji. Wracamy do różnych produktów, w tym owoców (odpowiednik mężowskiego wiechcia do wazonu), mamy prawo do odrobiny wina dwa razy w tygodniu (patrz: pierścionek z brylantem). Faza ta trwa 10 dni na każdy stracony kilogram. Czwarta faza – trwa do końca życia. Raz w tygodniu, najlepiej we czwartek jemy tylko proteiny. Czyli – wszystko wraca do normy, kochajmy się i w ogóle, ale… Zawsze zostaje małe „ale”.
wtorek, 02 lutego 2010
Czyli – czy Bronisław, czy Radosław. Z tej dwójki i tak wybieram Cimoszewicza, ale on wybrał żubry, więc co ja, mała stonka, mogę? Wiedziona patriotycznymi uczuciami poczytałam sobie o dwóch kandydatach, co by wiedzieć zamiast się mądrzyć. Efekt ogólny – mam dość betonu i styropianu. Gładki Komorowski nie jest przeciwnikiem dla Sikorskiego. Dobry, płodny człek, zacny, wykształcony i jakiś taki ogólnie nijaki. Choć ponoć z poczuciem humoru. A co najważniejsze – z PRZESZŁOŚCIĄ! Tusk go namaści. Bo Komorowski jako opozycjonista siedział w pierdlu, bo organizował manifestacje patriotyczne, bo był w podziemiu. Bo jest bezpiecznie bezbarwny i stonowany. Sikorski to dla bezmyślniejszych wyborców człowiek bez przeszłości. Tej najważniejszej! I jedynej istotnej. Czymże bowiem jest Uczniowski Komitet Strajkowy? Pikuś, nawet nie Pan. Do tego uchodźca (polityczny tam, phi!), nie stawiał czynnego oporu na barykadach, nie kolportował i nie wspomagał robotników z Ursusa. Takie nic. Uczył się gad jeden, na Oxfordzie jakimś, zamiast zwiewać przed ZOMO. I tak znów dostaniemy kandydata z przeszłością zamiast przyszłości. Bo nawet Król Miłość I boi się patrzeć przed siebie, ścigany oparami absurdu post-zrywowego jako jedynej słusznej polityki kadrowej dla Kraju. Jest rok 2010, a wciąż nie liczy się kim jesteś, ważne kim byłeś:(
niedziela, 31 stycznia 2010
W konsekwencji koło 2 w nocy zaczynam być potwornie, zabójczo, anarchistycznie GŁODNA. Zachowaj tu człowieku talię żrąc w nocy jak świnia! Opcja z ciepłym mlekiem odpada. Nie wiem, czy wiecie, ale ono ŚMIERDZI. Opcja z liczeniem baranów odpada. Tylu ich potykam w dzień, że nocą nie robią na mnie wrażenia. Powoli godzę się z myślą, że jedyne wyjście to posada nocnego stróża…
piątek, 29 stycznia 2010
Lekko spłoszona brnęłam w śnieżnej zawierusze optymistycznie licząc na doznania najwyższej klasy. I wiele się nie pomyliłam. Te miziania, błotka, srotka i masaże… Mrrrr Odprężenie takie, ze klękajcie narody. Zestresowane jednostki powinny sobie fundować taką przyjemność chociaż raz w miesiącu! Poczułam się dopieszczona i zaopiekowana do granic możliwości. Gdy z nową twarzą wracałam do dom małe niebieskie ptaszki mi nad głową furkotały i niemal czułam się w obowiązku zatańczyć z pieśnią na ustach na środku ulicy. Już niemal widziałam, jak z resztą przechodniów wykonujemy w śnieżnej brei, układ taneczny do „Every sperm is”, gdy poczułam delikatne swędzenie policzka. Zignorowałam, zgrabnie przechodząc do „It All so quiet”, gdy poczułam dyskomfort na czole. Wrrr. Zatem „Deszczowa piosenka” i w momencie, gdy oczami wyobraźni widziałam jak zgrabnie okrążam nieistniejący hydrant oczy zaczęły mi łzawić.
10 minut później miałam pełne objawy uczulenia i zamiast gładkiej mordy straszyłam bordową wysypką. Drobiazg. Zyrtec to dobry i skuteczny lek prawda:)?
piątek, 15 stycznia 2010
Kolega z Polski miał jakiś problem w kwestii jednego z przesłanych w Excelu wzorów - to znaczy stwierdził, że jeden sformatowany jest ŹLE. Ludzkie, pomyślałam i wiedziona odruchem, zadzwoniłam w celu rozwiania jego wątpliwości. Po kurtuazyjnych wstępach usłyszałam w słuchawce „ Przyciśnij czwartą ikonkę z lewej” i cholera mnie na wstępie wzięła. Ja rozumiem, ze być może kolega miał dotychczas do czynienia z jednostkami niesprawnymi komputerowo w stopniu znacznym, ale jeśli dzwonię w celu rozwiania jego wątpliwości, to raczej nie należy mówić do mnie jak do matoła. Zacisnęłam szczęki, ale grzecznie zapytałam jakąż to operacje ma wykonywać 4 ikonka z lewej, jako, że a) są to indywidualne ustawienia paska narzędzi, przez co ikonki mogą być przetasowane u każdego inaczej, b) mam nowszy pakiet Office. Ano podgląd. Ano ok. Zatem podgląd i cóż w nim. Ano arkusz mu zajmuje więcej niż 1 stronę podglądu wydruku i jest to błąd Warszawy, albowiem tak być nie powinno. Później było już tylko gorzej. Chyba nie przyjął do wiadomości, że opcje wydruku ustawia się w zależności od potrzeb. Nie przyjął również do wiadomości, iż w ustawieniach można wybrać opcję dającą taki sam nagłówek w na każdej stronie wydruku. Wciąż byłam grzeczna i nie chciałam mu robić przykrości, udowadniając, że zwyczajnie się błaźni. Zaproponowałam zatem opcję najprostszą – pracujesz najczęściej w Wordzie – zatem skopiuj do Worda (ctrl+a, ctrl+c, ctrl+v). Gdy usłyszałam, że kopiowanie tabeli zajmie mu 2 dni, więc może jak to takie proste to mu to zrobię i prześlę, zamarłam. Skończyła się grzeczność i dbałość o cudze ego. Skończyło się pobłażanie dla rozpretensjonowanego tonu i uszczypliwości. Opierdoliłam od góry do dołu. Za chamstwo, którego zdążył w międzyczasie dać popis, za niekompetencję, za niesłuchanie, za genialny pomysł drukowania dokumentu który z założenia ma mieć formę JEDYNIE elektroniczną, a najbardziej za niemyślenie. I nie uogólniałabym tak strasznie, gdyby nie był to kolejny taki przypadek, a w kontrze do niego nie stały choćby: Beata, Ewa, Małgosia, Basia – pytające o to jak pewne rzeczy na komputerze zrobić. Ja naprawdę jestem tylko użytkownikiem. Do tego samoukiem z dużą pokorą podchodzącym do tematyki obsługi różnych programów. Mam świadomość, że pewne rzeczy wiem, a jeszcze więcej nie. Pytam. Uczę się. Za to moi koledzy – z zasady wiedzą (lepiej), potrafią (lepiej) obsługują komputer (lepiej), znają się (lepiej), a także życzą sobie, oczekują i żądają, zamiast zwyczajnie prosić o pomoc. Rozbuchane męskie ego połączone z bezmyślnością zaczyna budzić we mnie agresję…
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||