Zakładki:
. GANG PACZĄCYCH CZAROWNIC
. GANG SYNOWYCH
0. Moje szablony
1. Zawsze:)
2. Na dobry dzień
3. Deser
4. Koty i psy
5. Tematyczne
6. Inne

Drukuj!

forum o css
wtorek, 23 lutego 2010

W wielkiej tajemnicy zostałam poinformowana jaka to plotka chodzi o mnie w firmie. Konspiracja była ogromna, więc czekałam na jakąś półprawdę krew w żyłach mrożącą. Może sypiam z jakimś posłem (Arłukowiczem na przykład?)? A może jestem dealerem kokainy po godzinach? Może oddaje się wieczorami satanistycznym obrzędom, co wyjaśniałoby moją skłonność do czarno – czerwonych strojów. Może transwestytką jestem, albo zgoła pedofilem-alfonsem.

Nic z tych rzeczy. Nic ciekawego, nic z fantazją, nic takiego. Co nie zmienia faktu, że plotka mnie zabiła. Mianowicie – nie jeżdżę na firmowe wyjazdy integracyjne, albowiem Z PLEBSEM SIĘ NIE BRATAM. Padłam. Najpierw długo kwiczałam. Bardzo długo nawet muszę przyznać…

A później? Cóż, doszłam do wniosku, że jak w każdej plotce ziarno prawdy jest. Z większością współpracowników jestem na dystans. Są mi pozytywnie obojętni. Jakieś 4% jest mi negatywnie obojętne. Jedna sztuka została moją przyjaciółką. Dwie sztuki wielbię bałwochwalczo. I to by było na tyle. Nie czuję potrzeby zajmowania sobie czasu ludźmi z pracy. Pracą tak, ale nimi? Nie. Czy to oznacza, że czuję się lepsza? Nie myślałam nigdy w ten sposób. Przyjmowałam raczej że jesteśmy różni. Niektórych bawi chlanie do rana, albo zabieranie dzieci w wieku różnym na wykłady. Mnie nie. Wątroba nie ta oraz brak drobiazgu. Innych bawi chodzenie po górach, albo przesiadywanie w jacuzzi. A ja? Ja cenię swój czas. Mam go mało, więc rozdzielam go z głową, eliminując to, co nie jest konieczne do zrobienia, a nie sprawia mi przyjemności.

Lubię swój sposób na życie, więc czemu mam zaciskać zęby i dostosowywać się na pokaz? Żeby ktoś poczuł się dowartościowany? Moim czasem??? Nie rozumiem. Nie potrzebuję tłumu niby-kumpli i niby-kumpelek. Wybieram moich sprawdzonych przyjaciół. Reszta? Cóż, mogę ich lubić, ale czemu swoim kosztem?

Producent plotki musi być bardzo niedowartościowanym człowiekiem kategoryzując się jako plebs. A może chciałby rządzić sobą – jak ja, tylko brak mu jaj? Bo jak widać, jawna niechęć do integracji nie przynosi mi popularności wśród współpracowników. Wręcz odwrotnie.

Cóż, trudno.

 

 

poniedziałek, 08 lutego 2010

Pochwaliłam się na fejsbuku, że zwaliłam 3,5 kilograma w tydzień. Jako, że każdy dobry uczynek musi mieć swoje konsekwencje, Bena zasugerowała pochwalenie się dietą, co by ją rozpowszechnić w narodzie, aby i inni się męczyli.

Dwudziestego stycznia miałam kolejny kurs specjalizacyjny. Szczęśliwa i zapasiona udałam się nie węsząc podstępu. 2 minuty po wejściu na salę byłam gotowa sztachnąć się solami otrzeźwiającymi, bowiem oczom własnym nie wierzyłam. Dwie znajome sztuki zaczęły znikać. Na tyle znacznie, że w przypadku jednej robiłam wywiad na zasadzie chwalić – czy chora, a drugą znienawidziłam za skórzane spodnie. Na szczęście można było chwalić obie, ale w konsekwencji również ciągnąć za ozory, bo jak to tak! Ja też tak chcę!

Dziewczyny dzieliły się wiedzą chętnie, pławiąc w świetle reflektorów naszej zazdrości;). Nakazały natychmiastowy zakup książki „Metoda dr Dukana” i wyjaśniły o co biega. Dr Dukan jest francuskim lekarzem z ponad 35 letnim stażem, który opracował swoją, wyjątkową oraz jedyną w swoim rodzaju;) metodę pozbawiania pacjentów nadmiarów jestestwa.

Założenia są logiczne. Upraszczając niezmiernie, na moje potrzeby, żeby strawić białko trzeba wydatkować energię, żeby ją wydatkować trzeba ją skądś wziąć, wziąć ją łatwiej z tłuszczu w organizmie (nie dostarczamy cukrów, węglowodanów i tłuszczów) niż z białek i tak kółko się zamyka…

Dieta ma cztery fazy, które osobiście porównuję do małżeństwa, w którym na jaw wyszła zdrada. Pierwsza faza to mięcho, chudy nabiał, mięcho, jajka, mięcho, ryby i mięcho. W tej fazie, trwającej 1-10 dni walisz organizm obuchem w łeb i robisz mu dziką awanturę. Zupełnie jak w związku, w którym na jaw wychodzi kochanka, a „żona” nam krzywo chodzi. Organizm jest najpierw zaskoczony, ospały i smutny, a następnie dostaje pokaźnego wkurwu. I odbija sobie naszą awanturę. Ale z organizmem – jak z dzieckiem – trzeba być konsekwentnym… Jeśli jesteś - tracisz circa about 3 kilogramy.

Druga faza to naprzemiennie: dzień białka i dzień białka z warzywami. Tu organizm już nas lubi. Zaczyna się łasić i udawać, że awantur nie było. Trochę jak związek po odejściu kochanki. Jeszcze nieufni, ale już udają, że nic się nie stało. Trwamy tak, aż stracimy wymarzoną liczbę kilogramów, przy czym średnio jest to 1kg/tydzień. Trzecia faza – to czas stabilizacji. Wracamy do różnych produktów, w tym owoców (odpowiednik mężowskiego wiechcia do wazonu), mamy prawo do odrobiny wina dwa razy w tygodniu (patrz: pierścionek z brylantem). Faza ta trwa 10 dni na każdy stracony kilogram.

Czwarta faza – trwa do końca życia. Raz w tygodniu, najlepiej we czwartek jemy tylko proteiny. Czyli – wszystko wraca do normy, kochajmy się i w ogóle, ale… Zawsze zostaje małe „ale”.

 

wtorek, 02 lutego 2010

Głupio stwierdzić, że wisi mi kwestia prezydentury Tuska. Ale tak jest, więc nie będę udawać. Podobnie jak podczas wyborów parlamentarnych i tym razem istotną dla mnie kwestią nie jest KTO, ale raczej KTO NIE.

Czyli – czy Bronisław, czy Radosław. Z tej dwójki i tak wybieram Cimoszewicza, ale on wybrał żubry, więc co ja, mała stonka, mogę?

Wiedziona patriotycznymi uczuciami poczytałam sobie o dwóch kandydatach, co by wiedzieć zamiast się mądrzyć. Efekt ogólny – mam dość betonu i styropianu.

Gładki Komorowski nie jest przeciwnikiem dla Sikorskiego. Dobry, płodny człek, zacny, wykształcony i jakiś taki ogólnie nijaki. Choć ponoć z poczuciem humoru. A co najważniejsze – z PRZESZŁOŚCIĄ!

Tusk go namaści. Bo Komorowski jako opozycjonista siedział w pierdlu, bo organizował manifestacje patriotyczne, bo był w podziemiu. Bo jest bezpiecznie bezbarwny i stonowany.

Sikorski to dla bezmyślniejszych wyborców człowiek bez przeszłości. Tej najważniejszej! I jedynej istotnej. Czymże bowiem jest Uczniowski Komitet Strajkowy? Pikuś, nawet nie Pan.

Do tego uchodźca (polityczny tam, phi!), nie stawiał czynnego oporu na barykadach, nie kolportował i nie wspomagał robotników z Ursusa. Takie nic. Uczył się gad jeden, na Oxfordzie jakimś, zamiast zwiewać przed ZOMO.

I tak znów dostaniemy kandydata z przeszłością zamiast przyszłości. Bo nawet Król Miłość I boi się patrzeć przed siebie, ścigany oparami absurdu post-zrywowego jako jedynej słusznej polityki kadrowej dla Kraju. Jest rok 2010, a wciąż nie liczy się kim jesteś, ważne kim byłeś:(

 

11:40, daria_nowak , zadumki
Link Komentarze (39) »