Zakładki:
. GANG PACZĄCYCH CZAROWNIC
. GANG SYNOWYCH
0. Moje szablony
1. Zawsze:)
2. Na dobry dzień
3. Deser
4. Koty i psy
5. Tematyczne
6. Inne

Drukuj!

forum o css
wtorek, 28 grudnia 2010

Z podziwem patrzyłam wczoraj na Panią Ewę Błaszczyk. Widać, że nie ma w niej już nadziei na to, że jej córka, Ola, po 10 latach wybudzi się ze śpiączki. A mimo to, tyle w niej determinacji, woli dokonania zmiany...

Podziwiam ją...

Ale.

Ok., a teraz będę niepoprawna politycznie, zlinczujecie mnie i w ogóle połowa się obrazi.

Tak, jestem racjonalistką. Tak, obiektywną, bo niezaangażowana w sytuację, o której piszę. Tak, mam sporo współczucia, które jednak odnosi się do człowieka w sytuacji, a nie do problemu a priori.

Ciężko odszukać statystyki, ale zgodnie z informacjami z netu, w USA w stanie comy znajduje się od 0,01% do 0,02% mieszkańców. Jeśli przyjmiemy, że u nas może być analogicznie, to mówimy o 4000 do 8000 ludzi.

Fakty są okropne. Rokowania związane są ze stanem pacjenta w ciągu 24h od momentu zapadnięcia w śpiączkę. 87% pacjentów ocenionych w skali Glasgow na 3-4 punkty umrze, bądź pozostanie w stanie wegetatywnym. Tylko 7% ma szansę na umiarkowaną niepełnosprawność i przebudzenie. Im dłużej trwa śpiączka, tym gorzej. Po roku, szansa na odzyskanie świadomości jest niemal zerowa. Około 40%-50% pacjentów w stanie śpiączki zachowuje minimalną świadomość. Okropna strona medalu.

Pani Ewa Błaszczyk mówi o pozytywnym nastawieniu i wsparciu ze strony władz, ministerstw, o potrzebie stworzenia rozwiązań systemowych, wzorców prawno organizacyjnych. I bardzo ok., tyle że... Oczekuję działań władz w kwestiach, które stanowią problem społeczny, a nie margines.

W Polsce, zgodnie z informacją GUS mamy 3.805.296 osób w wieku 70+. To 10% ludności. Zgodnie z prognozami demograficznymi czeka nas pogorszenie tej sytuacji – będziemy mieli mniej ludności, za to więcej osób w wieku starszym. Osób wymagających pomocy, opieki, wsparcia, leczenia, czy zwyczajnie walki z ich wykluczeniem społecznym. 0,01% kontra 10%.

Tu potrzeba rozwiązań systemowych! Tu potrzeba mądrego wsparcia władz. I to ten problem zamiatany jest pod dywan.

W efekcie, chętnie – całkiem prywatnie wesprę klinikę „Budzik”, ale poza kwestiami sprawności działania, czy procedur medycznych nie oczekuję, żeby ministerstwa zajmowały się marginalnymi sprawami, kiedy omijane są problemy występujące w masowej skali.

To kwestia rzeczy, w pojęciu państwowym – ważnych i ważniejszych. Problemy marginalne są dla nas- ludzi, których stać na pomoc, dla fundacji i pasjonatów.

 

11:59, daria_nowak
Link Komentarze (27) »
poniedziałek, 27 grudnia 2010

Tuż przed świętami nie wytrzymało mi ciałko. Zawsze nerwy, te przesadne, zżerające, walą mnie w zdrowie. Tym razem zdenerwowanie ulokowało mi się w zatokach, a bezsilność w krtani.

Czasem, gdy jedynym wyjściem jest przeczekanie to nie jest nawet takie złe. Przespałam 20 dni. O 20 mniej do przetrzymania z człowiekiem, który odchodząc chce skopać wszystkich po jajkach, albo chociaż jajnikach. Po co się kopać z osłem? I tak trzeba przeczekać, więc może lepiej tak? Bez kontaktu bezpośredniego z kłamczuchem, konfabulantem i manipulatorem?

I tak, za kilkadziesiąt dni, wszystko będzie inaczej, jego agonalne szarpania nie zmienią nic – tylko popsują mu opinię. Po co więc? Po chuj to robić? Nie rozumiem tego. Skłóconym zespołem łatwiej kierować, ale żeby kierować trzeba mieć perspektywę czasową...

Czy dla minuty pozornej satysfakcji warto się rozstawać we wzajemnej pogardzie?

09:19, daria_nowak , zadumki
Link Komentarze (14) »
wtorek, 21 grudnia 2010

O poranku dnia wczorajszego, po 4 dniach niewyściubiania nosa z domu, jak na chorowitka przystało, postanowiłam zrobić dobry uczynek i iść na zakupy, w tym prezentowe.

Trzęsło mną równo, więc uzbroiłam się w ciuchy w ilościach hurtowych. Podkoszulka, golf, swetry (sztuk dwa), dżinsy, rajstopy, skarpety, grenlandzka czapka i rękawiczki futrzane z jednym palcem. Na to wszystko miała iść kurta puchowa, ukochana, cieplutka, z futerkiem, polarem od spodu i dodatkowymi zapięciami. W kolorze ecru. Tak. Właśnie. Ma być ciepło.

W ostatniej chwili, pod wpływem impulsu, oddecydowałam się jednak z puchówki na rzecz płaszczyka czarnego. Jak się okazało, w malignie miałam jasnowidzenie.

Gdy wracałam już z podboju, objuczona siatami jak wielbłądzica dwugarbna, na mej drodze stanęło przejście dla pieszych. Rzecz mało niezwykła, wręcz prozaiczna, spotykana w różnych okolicach i nie budząca w nikim głębszych doznań egzystencjonalnych. Stanęłam więc sobie na skraju, krytycznie przyglądając się pięknej kałuży na tuż przy chodniku. Po chwili dotarło do mnie, co widzę, więc pospiesznie cofnęłam się o jakieś cztery kroki i stałam dalej w lekkim stuporze.

Nagle gwizd, świst i jakiś @#$%^&% %^&*samochód z @%%%(*(())$##@@#$%^%^kierowcą przeleciał mi tuż przed nosem, centralnie waląc w kałużę! Ja pierdolę! W ułamku sekundy, jak na amerykańskich komediach, czy w starym i średnio dobrym Bennym Hillu, byłam cała w błocku. Od stóp do głów. Kałuża byłą na mnie. Cała. Miałam ją w zębach, włosach, na kapturze i radośnie ciurkała mi po płaszczyku. Jedno co wiem na pewno, Warszawę posypują solą…

Gdybym była w jasnej puchówce, mogłabym się tylko powiesić, w czarnym płaszczyku otrzepałam się, podniosłam siaty i z filozoficznym spokojem udałam w dalszą drogę do domu, zastanawiając się jedynie, co zrobiłabym @%%%(*(())$##@@#$%^%^kierowcy, gdybym go dorwała…

 

21:47, daria_nowak
Link Komentarze (17) »
poniedziałek, 13 grudnia 2010

Nauczona przykrym doświadczeniem rozrywek przedświątecznych zaczęłam szukać za pośrednictwem netu. Telewizja w tym temacie raczej milczy, a szkoda ominąć coś ciekawego. I znalazłam. Dwa jarmarki na Starówce. Ok., ja wiem, że to bez sensu, że jarmark z założenia powinien być jeden i do tego raz w roku, ale się nie czepiajmy, bo znaczenie się nam rozszerza i nie ma co.

Okutałam się warstwami odzieży, jak na rekonwalescenta przystało, obułam w buty, o których będzie oddzielny wpis i polazłam. Pierwszy zgodnie z kierunkiem „iścia” był jarmark Pod Wieżą. Fajny, ale mały. Człowiek po człowieku tupie, mimo pory ni w pięć ni w jedenaście i ogólnego luzu na Starówce. Dwa małe pasażyki w dwóch niewielkich, choć uroczo stylizowanych budach. Sery, wędliny, czapki, biżu oraz inne ozdoby. Bez fajerwerków, mało, ale miłe dla oka.

Następnie przeturlałam się przez pół Starówki na Rynek. No tu to już ho, ho. Stoiska narodowe, takież wyroby i w ogóle oczopląsu bym dostała, gdyby nie mały mankament, który odwracał moją uwagę. Nie wiem, co za idiota przygotowywał Rynek, ale się nie postarał. Hałdy lodu, topniejąca ślizgawka i człowiek głównie skupia się na tym, co by sobie ząbków cudnej urody nie wybić, albo kości ogonowej nie odbić. Można się najeść do wypęku (bigos, kartacze, pierogi, pajdy chleba ze smalczykiem i ogórem) oraz upić do nieprzytomności (grzane wino i piwo z browaru Koreb), naoglądać produkcji świec i sztuki kowalstwa. Zanabyć można najlepszą kiełbachę świata (wrócę po więcej! I wiejskiej i z dzika!), rewelacyjne austriackie i nasze sery, ciekawe wyroby z dziczyzny, szynki i polędwice robione tradycyjnymi metodami, kindziuki, pierogi, kartacze, chleby, o oczywistościach takich jak żurawina, tarnina, borówka, koncentrat barszczu, czy konfitury rożnej maści nie wspominając. Ubrać się można głównie w ozdoby, czapki oraz fartuszki kuchenne, ale czemu nie, jak ktoś lubi? Choinkę można przystroić po całości.

Mimo ciągłego strachu o stan moich kości, ślizgów wykonywanych w stylu wolnym, a niekiedy aksli, rittbergerów i toeloopów, jestem szczęśliwa jak młody świniaczek w deszcz. Ja tam wrócę (jarmarki trwają do 23.12), a Wy – jak sobie chcecie:).

 

sobota, 11 grudnia 2010

Na spotkaniu z kobietami startującymi w wyborach samorządowych Komorowski powiedział, że naszej demokracji przydałaby się "druga nóżka", "kobieca, zgrabna".

Kolejny cytat: „To tak, jak zawsze pytają obcokrajowcy: dlaczego całujemy kobiety w rękę? Ja odpowiadam: Od czegoś trzeba zacząć”

I najlepsze! Bezkonkurencyjne: „Ale jak się idzie na polowanie, daleko w głęboki las, to trzeba wiedzieć, że własny dom jest zabezpieczony, że własna kobieta, własne dzieci, własna chałupa są zabezpieczone”

Właściwie to nie wiem od czego zacząć. Może zacznę więc od tego, że jestem oburzona. Tylko trochę, bo właściwie nie wiele się spodziewam po Prezydencie Komorowskim, poza tym, że będzie lepszy od swojego kontrkandydata z wyborów. Ale wizja „własnej” kobiety, postawionej na równi z domem jest dla mnie kwintesencją patriarchalno – narodowo - katolickiej wizji świata Pana Komorowskiego. Obrzydliwej wizji, w której dzieci i baba to własność zdominowana przez pana i władcę. Retoryka lekceważenia. Pogląd, który w krajach cywilizowanych już teoretycznie zanika, stanowi relikt przeszłości, ale my, nie! my musimy pierdolnąć jak świńską dupą o podłogę na forum międzynarodowym!

Ja się nie czepiam – w domu każdy niech ma jak lubi. Pana i władcę, jeśli komuś to pasuje, partnera – jak woli, podnóżek – jeśli to ludziom odpowiada. Ale do ciężkiej cholery, mamy XXI w. i kultura na poziomie podszczypywania baby w dupę, bo one przecież to lubią jest dla mnie nie do przyjęcia. Moje oburzenie dotyczy przestrzeni publicznej, w której pokazywanie się jako seksistowski kraik, przypomina mi jedynie wulgarnego, podpitego Jelcyna szczypiącego tłumaczki w tyłki.

Nasze kobiety, nasze dzieci i nasze domy – to wizja polek – czekających na męża, który przywlecze do domu mamuta. Nie takich porównań powinna używać głowa Europejskiego Państwa. Może jego PR-owcy powinni zwrócić mu uwagę, że wdzięk zaślinionego, rubasznego sarmaty z flintą w dłoni nie działa?

Jako kobieta dostaję piany na ustach, gdy w okolicznościach oficjalnych, służbowych, słyszę o swoich pięknych nóżkach, przepastnych oczach, czy delikatnych dłoniach. I nie, drodzy Panowie, to nie jest rzadkość i nie, nie trzeba być feministką, żeby człowieka szlag jaśnisty trafiał! Domowo – proszę bardzo. Niektórzy mogą nawet dostąpić zaszczytu i radośnie usiądę im na kolanach! Z impetem i chichotem! Ale mój dom, to jednak nie to samo, co Biały Dom. A poglądy prywatne na rolę kobiet, to jednak nie to samo, co polityka zagraniczna…

Nie czuję się ani lepsza, ani gorsza od mężczyzn. Są dla mnie przyjaciółmi, znajomymi, kolegami, kochankami, a bywa, że mężczyznami mojego życia. Ogólnie ich lubię, nie mniej i nie bardziej niż kobiety. Może nawet odrobinę bardziej? Ale są okoliczności, gdy ich źle pojęta machowatość, sprowadzanie roli kobiety do kuchni i kruchty, rubaszność, czy komplemenciarstwo jest nie na miejscu. Tu potrzeba klasy, lekkości, inteligencji i wyczucia. A takie stwierdzenia, jak przywołane na wstępnie potwierdzają tylko w jak głębokim lesie jeszcze jesteśmy.


 

15:05, daria_nowak , zadumki
Link Komentarze (45) »
 
1 , 2