Zakładki:
. GANG PACZĄCYCH CZAROWNIC
. GANG SYNOWYCH
0. Moje szablony
1. Zawsze:)
2. Na dobry dzień
3. Deser
4. Koty i psy
5. Tematyczne
6. Inne

Drukuj!

forum o css
wtorek, 27 marca 2012

Cuch popkornu zazwyczaj odrzuca mnie od sal kinowych na dużą odległość. Tym razem jednak postanowiłam się częściowo odchamić i obejrzeć film „Przetrwanie”. Głównie ze względu na Liama Neesona – którego lubię zawsze i wszędzie i który, w mojej ocenie, należy do panteonu najlepszych aktorów. Obejrzę go, choćby grał kij od szczotki, albowiem postać kija również wykreuje rewelacyjnie.

Kto planuje na to iść – niech nie czyta poniższego, szarego fragmentu, nie zamierzam się bowiem hamować i opowiem co do joty.

Film oglądałam dwa dni temu i z każdym mijającym dniem – podoba mi się bardziej. Pomysł, zdjęcia, dźwięk – rewelacja. Liam – świetny, zresztą i pozostali aktorzy stanęli na wysokości zadania. Pojedyncze sceny – poruszające – walka z samym sobą, chęć przetrwania, samostanowienia – wszystko to robi ogromne wrażenie. I tylko jeden zonk. Dłużyzny. Dwie godziny przedzierania się przez dziewiczą Alaskę, z czego akcji może godzina? Reszta to marsz w śniegu, zimnicy, wichurze, zamieci. Efekt? Oni szli, a temperaturę, bolące gardło i dreszcze mam ja…

 

John Ottaway (Liam Neeson) razem z bandą innych oryginałów i wyrzutków pracuje na Alasce .Reszta zajmuje się rurociągiem, a on – myśliwy - rzeczoną resztę chroni przed atakami wilków i inszej zwierzyny hasającej po okolicy w celach krwiożerczych. Ottaway ewidentnie ma problem – tęskni za pewną kobietą, co łopatologicznie jest nam wkładane do łba przy każdej okazji poprzez wcinki z jej wizją w bladych prześcieradłach. Tęsknota i poczucie beznadziei są tak dojmujące, że Ottaway podejmuje próbę strzelenia sobie w łeb, z której wycofuje się z ostatniej chwili.

Rano, razem ze 116 innymi kończącymi szychtę, wsiada do samolotu, żeby wrócić do domu. Warunki pogodowe są ciężkie, wieje, śnieży, mrozi, w samolocie widać obłoczki pary z każdego oddechu. Po kilku godzinach ciężkiego lotu, następuje katastrofa. Czapki z głów – sceny są dynamiczne, przejmujące, niezwykle realistyczne i szczerze? Przerażające. Przeżywa 8 osób.

I tu zaczynamy właściwą część opowieści. Ottaway, w sposób naturalny zostaje przywódcą rozbitków i próbuje zrobić wszystko, żeby przetrwali. Dodatkowa trudność pojawia się, gdy zaczynają ich atakować wygłodniałe wilki… Jedyną szansą na przeżycie wydaje się być odejście od wraku samolotu ku linii lasu, gdzie istnieje szansa na ukrycie się przed watahą – w nocy i dalszą wędrówkę – w dzień. Zbierają więc do kupy wszelkie niezbędniki konieczne i idą. Idą. Idą. Idą. Idą. Jak na moje skromne potrzeby pierwsze 3 minuty iścia całkowicie by wystarczyły na pokazanie zakopywania się w śniegu, siły wiatru, ogromnego wysiłku fizycznego niezbędnego do zrobienia następnego kroku, paraliżującego mrozu. Ale oni idą. I idą. I jeszcze trochę idą. Oczywiście jeden zaczyna zwalniać i zżerają go wilki. Po wstępnym pożywieniu się gonią resztę, która już nie idzie a popierdziela. Popierdziela. Popierdziela.

W lesie rozpalają ognisko i przez chwilę mają złudne poczucie bezpieczeństwa. Tu następuje krótka walka o przywództwo, którą Ottaway oczywiście wygrywa, a następnie wilczy atak. Ok, oddajmy sprawiedliwość – w lesie jest jedna boska scena. Po zabiciu samca Omega, jeden z rozbitków, w adrenalinowym szale zwycięstwa odcina zwierzęciu łeb i wykrzykując obelżywości pod adresem reszty watahy rzuca im truchło. Maleńkie ognisko potęguje tylko ciemność wokół, w której po kolei, jak w wyliczance, zaczynają wyć wilki. Jeden, drugi, trzeci, dziesiąty, dwudziesty… wycie ogarnia cały las, a w powietrze unoszą się kłęby pary z pysków. Rozbitkowie klęsną w sobie… A później? Później znów idą i giną i jeszcze trochę idą. I tak właściwie do końca. Aż zostaje Ottaway. Zmęczony do granic możliwości, bez kurtki, przedziera się przez las, pokonany przez naturę, bo na koniec wejść w wilcze leże. Otacza go wataha, a on już wie, że to ostatnia, beznadziejna walka. Uzbraja się w co się da, bo może i chciał popełnić samobójstwo – ale to ON decydował. Teraz będzie walczył, tak jak pokonywał swoje słabości i naturę przez cała drogę. I tu dostępuje go zaszczyt (i wcale nie mówię z przekąsem) samiec Alfa jednym warknięciem powstrzymuje resztę i – osobiście staje do walki. Koniec.



13:00, daria_nowak , zadumki
Link Komentarze (16) »
niedziela, 25 marca 2012

Każda kobieta powinna posiadać wyjściowe szpilki. Czarne. Nieprzesadnie wysokie, żeby dało się w nich chodzić (dodatkowo u mnie – żebym łbem nie zahaczała o framugę drzwiową), nieprzesadnie niskie, żeby eksponować przymioty odnóży krocznych. Czarność obuwia jest oczywista i daje możliwość dobrania ich do niemal każdego stroju wyjściowego.

I właśnie takie obówki rozpadły mi się niedawno. Fakt, posiadam czarne szpilki atłasowe z kwiatuszkiem, czarne szpilki zamszowe z krzyżaczkiem oraz, jak znam życie oraz moją sklerozę, jeszcze jakieś czarne szpilki, o których nie pamiętam. ALE jeśli nie pamiętam, to znaczy, że nie da się w nich chodzić, w przeciwnym bowiem razie byłyby częściej eksploatowane, a co za tym idzie - zostawiłyby we łbie jakiś cień śladu.

Niedawno podczas wyprawy do banku natknęłam się na cud-miód-orzeszki czarne szpilkowe lakierki! Cudo! Do tego w cenie bardziej niż przystępnej! Niestety, radość krótka, kończyły się na krasnalowym rozmiarze 37. Na nos mogłabym je sobie włożyć. Od tego momentu zachorowałam na czarne lakierki.

Dziś zaszczyciłam swą obecnością GalMok. Szłam wprawdzie do kina na „Przetrwanie”, ale od tego sklepów nie zamykają i po seansie miałam sporo do oblecenia. Polatałam stwierdzając przy okazji, że Salamander się polepszył, ale i tak na sandały z dwóch pasków 830 zł nie wydam, Hogl wciąż na poziomie, ale zamszaków za jedyne 430 zł nie potrzebuję i wlazłam do likwidowanego właśnie GIUDI. AAAaaaaaa… raj! Czarnych szpilek całe pola, całe łany, nic tylko przebierać i mierzyć. No nie całkiem. Likwidacja sklepu implikuje problemy w rozmiarówce. Zostało 37 wszystkiego, a z resztą to już pod górkę… ale ja już byłam w szale butowym. Efekty w postaci wyjściowych szpilek i butków do latania na zdjęciach. A ja wciąż szukam czarnych, wyjściowych, lakierowanych szpilek… Jakieś pomysły?szpilki

 

 

 

 

 

 

 

 



piątek, 23 marca 2012

Proszę o przystępne tłumaczenie, skierowane do barana, DLACZEGO ma nie smażyć kiełbachy z cebulą w pokoju socjalnym, usytuowanym nieszczęśliwie – w centralnym miejscu firmy, podczas spotkania z człowiekami z zewnątrz, odbywającego się w gabinecie pryncypała najgłównieszego.

Proszę niezwykle uprzejmie, gdyż mój zmysł pedagogiczny zawodzi. Baran nie przyjmuje do wiadomości, że to nie jest kulturalne. Że obowiązują pewne zasady. Że nie wypada. Nie sądzę też, żeby długofalowo poskutkowało moje rozpaczliwe „bo sobie tego nie życzę. I nawet jeśli to ma być moja fanaberia – to masz tego nie robić i koniec rozmowy!”. Potrzebuję argumentów trafiających do baranów. I zabrakło mi pomysłu.

Dodatkowo uprzejmie zapytuję, jak zachować się wobec jednostki, która wstępnie umówiona na spotkanie, wczoraj grzecznie powiedziawszy, że jeszcze nie jest pewna, czy przybędzie, ale da znać, dziś olała mnie na całej wysokości metra siedemdziesięciu pięciu?

Z góry dziękuję.



18:55, daria_nowak , a bo tak!
Link Komentarze (21) »
środa, 21 marca 2012

Gnając z pracy do domu miałam gonitwę myśli – co by tu zaserwować na obiad. Łeb mam zajęty sprawami zdecydowanie ważniejszymi, czasu mało i w ogóle jakoś tak jedzenie w charakterze czynności powtarzalnej mi z głowy wypadło. W połowie drogi stwierdziłam, że co ma być, to będzie i kupiłam dwie cukinie, mając nadzieję, że coś z nich po prostu wymyślę. I nawet się udało – oczami wyobraźni widziałam jak je wydrążam, solę, układam w nich pomidory bez skórki, kawałeczki szynki, trochę fety, jakieś zioła, wszystko skrapiam oliwą truflową i do piekarnika. Wpadłam do domu, najadłam koty i runęłam do lodówki, celem wyjęcia niezbędnych składników... Aha, cukinie wydrążyć już zdążyłam… A w lodówce, centralnie na środku środkowej półki, na wysokości mojego wzroku ujrzałam wielki rondel z polędwiczkami w pieczarkach, które wczoraj robiłam przez pół wieczora…

Chyba pora odpocząć…

W związku z czym – miast silić się na głębokie refleksje zapraszam do korzystania z przepisów na flaki, sernik, muszle faszerowane i bruschettę z pomidorami, które w ramach relaksu produkowałam łikendowo.

Idę odpoczywać…

P.S. Polecam bruschettę, albowiem jest doskonała o każdej porze dnia i nocy



17:38, daria_nowak , Jedzonko
Link Komentarze (45) »
wtorek, 20 marca 2012

Wstałam o 3 w nocy, położywszy się uprzednio o 00.50. Zamówiłam taksówkę i o 4.35 wylądowałam w firmie – niewyspana, z oczami na zapałki, ale ze specjalnym poruczeniem. Rzeczone poruczenie wywoływało mi pianę na pysku. Robota głupiego na cudzy młyn.

Ludzie są jednak bezmyślni. Jeszcze kilka dni temu pokiwałam głową nad wpisem, że mądrze babcia gada, nie można negować bezmyślnie. Ale nie. Dziś to odszczekuję. Może i gada mądrze, ale tym których broni dziś najchętniej naplułabym na buty.



15:03, daria_nowak
Link Komentarze (32) »
 
1 , 2 , 3