Zakładki:
. GANG PACZĄCYCH CZAROWNIC
. GANG SYNOWYCH
0. Moje szablony
1. Zawsze:)
2. Na dobry dzień
3. Deser
4. Koty i psy
5. Tematyczne
6. Inne

Drukuj!

forum o css
niedziela, 31 maja 2009

Zapędzona w przygotowaniach i pracy, jakoś nie miałam czasu na życie blogowe. Wstyd i obraza boska, zwłaszcza w świetle jutrzejszego wyjazdu. Zawaliłam upragnione spotkanie z Odwodnikiem, nie miałam czasu na sabat, nawet z Margą nie było kiedy poplotkować via phone, przespałam też festyn na Polach Mokotowskich. Nie miałam czasu na śledzenie doniesień prasowo – telewizyjnych, a to już był niewybaczalny błąd! Bowiem pojawił się wiekopomny pomysł uproszczający naszą egzystencję na tym łez padole! Pewien pedagog, były pracownik kuratoriuma;) zresztą, wpadł był na pomysł. Być może to pomysł wpadł był na niego, po ciężkiej wódce błąkając się w poszukiwaniu podatnego umysłu, o specyficznym i niepowtarzalnym układzie fałd. Trafił i …

Sama, w zamierzchłych czasach, plując na ortografię polską, nie raz, rewolucyjnie, chciałam znieść ortografię. Wpływ pewnie miał na to fakt, że nie tylko dysponuję stosownymi papierkami, ale całkiem zwyczajnie mam dysleksję, dysortografię i wypasioną dyskalkulię. Sama je sobie zdiagnozowałam w pierwszej kolejności, w drugiej wymogłam wysłanie mnie do stosownej poradni, a w trzeciej, dostałam potwierdzenie tego, o czym wiedziałam od dawna. Nie pomagało nałogowe czytanie, ani uczenie się na pamięć regułek. Byki robiłam, czasem wciąż robię i pewnie, jako 80 letnia staruszka, robić będę. Do tego dość okrutnie traktuję przecinki… Czy jednak moja ułomność oraz cudze lenistwo są powodami wystarczającymi do zmiany całego języka pisanego? Nie. Polski ma swoją historię. Ma swoje zasady, delikatnie ewoluujące na przestrzeni lat. Ma swoją melodykę, ma pisownię i to wszystko czyni nasz język wyjątkowym. Rewolucyjne pozbycie się co ciekawszych perełek przyniesie coś dobrego, poza koniecznością ponownego uczenia się czytania? W mojej ocenie nie. Swego czasu słyszałam historyjkę, być może Urban legend, jak to po Polsce krążyła paczka zaadresowana do enigmatycznej miejscowości „Uć”. Krążyła póki jakiś mądry nie przeczytał na głos miejsca przeznaczenia… Chcemy powtórki z rozrywki? Ot choćby takiej kartki z podróży:

A teraz zegnam się na jakiś czas. Jutro trzymajcie kciuki, bo atakuję Centralny nocą. Pilnujcie bloga, nie róbcie bałaganu, możecie za to wypić moje zdrowie:) Postaram się znaleźć jakąś kafejkę netową w pobliżu miejsca byczenia i raz na jakiś czas sprawdzać, co u Was. Buziam! I do napisania!

czwartek, 28 maja 2009

Babcia się odnalazła. W ramach manewrów balkonowych znów byłam pod Halą Mirowską. Tyle razy tam kursowałam licząc, że w końcu się na nią natknę (kto pamięta fartuszkową babcię?), że tym razem nawet się specjalnie nie rozglądałam, skapitulowałam już. Zanabyłam tonę surfinii, heliotropy i inne zielone wiechcie, gdy dotarło do mnie, że słyszę znajomy okrzyk „Fartuuszkii?". Cholera!!! Cholera, bo większość kasy utopiłam już w roślinkach! Nic to. Dopadłam babci w trybie ekspresowym, jakby co najmniej tłum miał mnie uprzedzić;), zrobiłam szybki rachunek zawartości portfela i zostałam szczęśliwym posiadaczem pięciu fartuszków własnego chowu, w różnej kolorystyce i jakości. Cudne nie są, ale przecież nie o to chodzi. Clou sprawy mieści się w tych łzach w jej oczach. I moim głębokim przeświadczeniu o tym, że może teraz choć przez chwilę nie będzie musiała liczyć każdego grosika. Może nawet zaszaleje i kupi sobie pomidorka? W końcu dziarsko na to zarobiła.

Ponawiam więc prośbę do Warszawiaków. Jeśli nie przeraża Was koszt 15 zł, może chcecie dać starszej pani trochę nadziei? I dumy, z tego, że sama dorabia...,

Przedwczoraj jeden paskowany fartuszek udał się w daleką drogę na południe:)

09:26, daria_nowak , zadumki
Link Komentarze (21) »
poniedziałek, 25 maja 2009

Poranne budzenie weekendowe niczym nie różni się od tygodniowego. Kot Julka, zwierzę o pojemnym żołądeczku, zaczyna przed 5 rano, jako, że umiera z głodu. Przed 6 w TV nie ma nic. Właściwie po też, ale im wcześniej tym bardziej. Tym razem, oglądane nad kawą, jakieś bliżej nieokreślone informacje, poskutkowały wycieczką na Piknik Zdrowej Żywności organizowany na SGGW. To znaczy - prawie.

Zaczęło się bowiem od tego, że pomyliłyśmy kierunki. Zamiast na stronę lewą ściągnęło nas na prawą, co okazało się fartem wręcz niesamowitym. Po wybranej przez nas na chybił - trafił stronie odbywały się Mazowieckie Targi Agroturystyki. Szał ciał i uprzęży! Kiełbaski i kaszanki na grilu, wystawcy w ludowych strojach, swojskie wyroby, smalec na wiejskim chlebie, kwaszone ogóry, baby ziemniaczane, dzikie kurczaki, serki kozie i miód. Chruściki i kaszanka! Cebulaki, kapuściaki i domowe bułeczki drożdżowe. Piwo kozicowe i nalewki własnej roboty. Do tego kogutki, kwiaty z papieru i dziergane obrusy! Klimat wakacyjnego festynu. Najadłyśmy się do wypęku, nałaziłyśmy jak głupie, zrobiłyśmy cudne zakupy i udałyśmy do autobusu. Jakież było nasze zdziwienie, gdy przekroczywszy ulicę natknęłyśmy się na wielki napis „Targi Zdrowej Żywności"... Cóż, rzeczone targi odbywały się, że tak powiem, wręcz przeciwnie.

Tu jednak zabrakło swojskiego klimatu. Wystawiały się firmy i to psuło odrobinę klimat, w którym zaczęłyśmy się już pławić. Pojawiły się też niunie w szpilkach, choć, fakt, w małym stężeniu na metr kwadratowy. Wszędzie były poczęstunki i darmowe próbki, a ja po raz kolejny stwierdziłam, że ludzie to pazerne świnie. Mało brakowało, a do łupów dołączyłby nawet płat łososia wędzonego, ale niestety, jako chyba jedyna, firma od rybki nie sprzedawała swoich wyrobów. Można się było tylko poczęstować, albo patrzeć. Matoły.

Wróciłyśmy w końcu po 4 godzinach łażenia, ładnie opalone (mam nos jak clown) i z twardym postanowieniem regularnego sprawdzania, co też się w weekendy dzieje na SGGW.

poniedziałek, 18 maja 2009

Właściwie nie powinno mnie to obchodzić. Cudze ciało, cudze życie, cudzy wybór. A jednak... Jeśli nad wszystkimi tego typu kwestiami przechodzilibyśmy, bezrefleksyjnie, do porządku dziennego zredukowalibyśmy się do poziomu pierwotniaków. Odżywiają się i wydalają oraz czasem rozmnażają, choć mało erotycznie. Reszta to nie ich sprawa. Zatem oświadczam, że ruszyła mnie informacja o 66latce, w 8 miesiącu ciąży.

Nie interesuje mnie nagły wybuch uczuć macierzyńskich, ani tym bardziej problem samotności, z wyboru, która wyborem być przestała. Nie obchodzi mnie to, że pani ma małą liczbę krewnych, ani to że nagle poczuła alienację. To duża dziewczynka. Wie do czego dążyła przez całe życie. Jeśli zaś odczuła nagły deficyt bratniej duszy, niemowlę jest najmniej sensownym wyborem. Już widzę, jak w wieku lat 67 rączym kłusem będzie podbiegać za uczącym się chodzić maluchem. Jak w wieku lat 71 uda się z pierwszoklasistą do szkoły. Jak jako 77 latka urządzi garden party z okazji ukończenia primary school. Za 16 lat, gdy jej dziecko podejdzie do General Certificate of Secondary Education, szanowna mamusia ukończy 83 lata. I mimo rozwijającej się medycyny, ma dużo większe szanse na zostanie zdemenciałą staruszką, niż sprawną fizycznie i umysłowo matką nastolatka. Rzadko kiedy protestuję, gdy chodzi o wolny wybór, wolę, prawo do samostanowienia. Tym razem jednak uważam, że zapłodnienie In vitro starszej pani, która nie zna się na zegarku, w tym biologicznym, jest chore i krzywdzące. Kompromituje ją ukazując jako infantylną egoistkę, która z premedytacją szkodzi dziecku. Czasu się nie odwróci. Jeśli przez całe życie nie zapracowaliśmy na przyjaciół to nie urodzimy ich sobie w wieku emerytalnym. A nawet jeśli - cóż to da?

Trzeba liczyć siły na zamiary. Niektórzy ludzie są zwyczajnie bezmyślni. Albo cholernie samolubni...

I wierz tu człowieku w... człowieka...

14:18, daria_nowak , zadumki
Link Komentarze (58) »
sobota, 09 maja 2009

Czas jakiś temu cichaczem, znany nam wszystkim, a do tego lubiany i podziwiany, Jarek zgłosi ł się do pewnego konkursu „Polityki". Bez fajerwerków ani rozgłosu. Ot tak. Po prostu. I nikt by nic nie wiedział, gdyby nie Alex:).

No dobrze, kłamię. Wiedziałam, a poniższy tekst czekał na wstawienie. Tylko grypa nam wyskoczyła, zajmując mnie na tyle, że nawet wczoraj padłam na pysk i zamiast wstawić tekst spałam 13 godzin...

Dla mnie lata 80 to głównie nauka chodzenia, zabawa lalkami, a później zerówka. Dziecięce upadki i wzloty. Przyjaźnie, pierwsze zauroczenia. Podstawówkowe klasówki, konkursy plastyczne, czy recytatorskie. I znienawidzone dyktanda. Oraz świadectwa z czerwonym paskiem. Polityka? Zmiana? Transformacja? Że ke? Teraz, z perspektywy czasu mam wrażenie, że coś niecoś pamiętam. Kolejkę po chleb w piekarni na przykład.  Albo sznurki z papierem toaletowym wieszane na szyi. Łapanie oczek w rajstopach. Problem z kupieniem mi butów. Matczyne wyjazdy do NRD i przywiezione dezodoranty BAC. Duma ze zdobycznych, kolorowych kubków do mycia zębów i grilla do kurczaka. Pierwsze chipsy bekonowe, prosto z Francji. Jaruzelski na mównicy. Okrągły stół. Jakieś weryfikacje u ojca w robocie. I to by było na tyle. A może jednak warto byłoby wiedzieć coś więcej? Głupio utożsamiać zmianę ustrojową z pojawieniem się kolorowych zeszytów.

Pewnie dlatego zaczęłam czytać Kronikę optymisty. I pewnie dlatego, że blog pisany był na podstawie pamiętników, jest tak żywym obrazem tamtych lat. Jak się okazuje nie tylko ja doceniłam Jarka...

Jarku drogi, jestem dumna jak paw z samego faktu, ze miałam przyjemność Cię poznać, przegadać kupę czasu i wytrąbić przy okazji litry czerwonego wina. Dzięki Tobie dowiedziałam się rzeczy, których nie przeczytałabym w żadnej książce. I poznałam wspaniałego człowieka i twórcę. Skromnego kronikarza z wielkim talentem. Gratuluję! „Polityka" się na Tobie poznała:)

 
1 , 2