Zakładki:
. GANG PACZĄCYCH CZAROWNIC
. GANG SYNOWYCH
0. Moje szablony
1. Zawsze:)
2. Na dobry dzień
3. Deser
4. Koty i psy
5. Tematyczne
6. Inne

Drukuj!

forum o css
piątek, 30 czerwca 2006

Zastanawiałam się dziś nad kwestią posiadania klasy. Kto ją ma, a komu jej brakuje? Dla ścisłości, chodzi mi o taki zwykły, codzienny wymiar. O jakąś podstawową kulturę i życzliwość.

Czy stosowanie pewnych form, nawet do nielubianych osób, to zachowywanie pozorów? Czy właśnie klasa? W końcu są na tym łez padole osoby, których nie znoszę, którym radośnie napluję w mordę metaforycznie, przy pierwszej okazji. Nie zmienia to jednak faktu, ze grzecznie powiem im "dzień dobry", czy tez w sytuacji tego wymagającej, będę prowadzić konwersację o pogodzie lub też dupie Maryni:). Uszczypnę inteligentną (chyba;)) ripostą, zrobię uwagę, po której nielubiany osobnik zaczerwieni się po cebulki włosów, a reszta towarzystwa, będzie przekonana, ze właśnie walnęłam mu komplement:). Ale chamstwa NIE ZNIESĘ;). I wiecie, właściwie w dupie z tym, czy to chamstwo planowane, czy też brak wychowania i kultury. Ludź i tak ma przesrane. Właściwie, to komuś takiemu nie mam nawet ochoty okazywać swojej wyższości. Bo i tak cham nie zrozumie, że mu robię łaskę (nie, nie laskę;)) i będzie głęboko przekonany, że właśnie niniejszym był uprzejmy:).

Właściwie, to ja podziękuję za kontakty z takimi ludźmi. Szkoda moich nerwów. I szkoda wpajanej, w chamkę z urodzenia - kultury...:) I szkoda mojego czasu na gnojstwo.

Jest jedna jedyna sytuacja, w której można w emocjach przekroczyć pewne granice. To zażarta dyskusja. Dyskusja, która pochłania w całości. Która balansuje na krawędzi awantury. Wtedy, każdy rozmówca ma prawo niebezpiecznie zbliżyć się do granicy. Wtedy nie myrgam:) wtedy przechodzę nad tym do porządku dziennego. Ale zimne, głupie i puste chamstwo... Czasem nawet odechciewa się tępić…

czwartek, 29 czerwca 2006

L.hussy pisała ostatnio o apostazji. Pojęcie było mi obce, dopiero po przeczytaniu wpisu, uświadomiłam sobie, że należę formalnie do 90% Polaków - Katolików. Fakt ten nie ma żadnego pokrycia w wierze. Mój stosunek do boga wielokrotnie podkreślałam, podobnie jak brak szacunku do większej części kościoła.

Jako gnojek zostałam zaciągnięta na chrzest. Mała nie byłam, miałam 3 lata i nie wiem, co matce odwaliło. Komunii odmówiłam już świadomie. Miałam w dupie te wszystkie formalności, szczerze przyznałam, że chce mieć białą sukienkę i prezenty. Sukienka wraz z bukietem była,  prezenty też. Co więcej, jedna z niewielu naprawdę wierzących osób - matka mojej koleżanki z podstawówki (nota bene zwanej Diabłem), zadzwoniła do rodzicielki, mówiąc, że szanuje nasze poglądy i może w związku z tym byłabym gościem i "2 honorowaną" na przyjęciu komunijnym jej córki. Gościem byłam, pamiętam przyjęcie głównie dlatego, ze było to 1sze garden party w jakim uczestniczyłam. Pamiętam również jak Diabeł upierdzieliła się czymś brązowym na kolanie i debatowałyśmy czy to czekolada, czy psia kupa, kusząc wzajemnie do konsumpcji:)

A teraz na biurku leżą dwie koperty - do Kurii i do Parafii (ileż się nadzwoniłam, żeby ustalić do której należę:)!) Koniec hipokryzji! Nie jestem wśród Polaków-Katolików. Nie wierzę w to, ze Maria była dziewicą, nie wierzę w to, że prezerwatywy są be, a aborcja jeszcze gorsza. Nie wierzę w to, że muszę pluć obcemu chłopu w ucho, opowiadając o grzechach i patrzeć jak się ślini. Nie wierzę w zbawienie. Nie wierzę w Boga. Nie wierzę, ze ktoś lub coś ma moc odpuszczenia mi czegokolwiek.

I teraz nikt mi nie powie, ze władza patrzy moimi oczami zabraniając nam wolnego myślenia, bo Polak- katolik, wszak ma kościołkowe poglądy. Ja mam własne.

środa, 28 czerwca 2006

Dziś ponownie rozważam genialny pomysł robienia prawka. Głupia dupa ze mnie, bo jak mogłam robić za pół ceny, u znajomych kolegów z WRD, to mi się nie chciało. Teraz B. prosić nie będę, więc musiałabym załatwiać siama.

Jeśli to zaczęłabym na jesieni. Bo teraz trochę mi czasu i pieniędzy szkoda. Przemyślę jeszcze sprawę gruntownie. Na razie argumenty za: będę mobilna, będę mogła wsiąść w samochodzik i jechać, gdzie oczy poniosą, a benzyny starczyJ, oszczędzę na taksówkach, nie będę musiała współtowarzyszyć tłumowi w autobusie, ułatwię sobie życie. Argumenty przeciw: nie mam talentu, do pracy na piechotę mam 25 minut drogi, na wypadach za miasto nie będę mogła pić, samochodzik to kosztowna zabaweczka, trzeba zdać ten cholerny egzamin, mam stracha, nie umiem skręcać (i wątpię żebym się szybko nauczyła J).

Zatem trzeba sprawę przemyśleć. Gdybym się zdecydowała, to obiecuję lojalnie uprzedzić znajomych, żeby nie szlajali się podczas moich jazdJ po mieście! Nieznajomi będą ryzykowali życie i zdrowie…

wtorek, 27 czerwca 2006

..bo zwariuję. Cały dzień się czepiam, albo płaczę, albo jakieś głupie wnioski wyciągam, albo czuję się niedopieszczona, albo jestem na nie... Uspić trzeba...

Byle do jutrzejszego wieczora, albo chociaż popołudnia, albo może wezmę tę chgolerną tabletkę już rano, bo mnie ktoś zabije!

Teraz sobie ide popłakać nad smutnym losem wiedźmina Geralta... A nawet jak smutny nie będzie, to i tak sobie popłaczę, bo wszka Yennefer mu dać czasem nie chce;)

Od kilku dni z braku najgłówniejszego szefa firma uprawia leserstwo. I błąd popełni ten, kto pomyśli, że brak pańskiego oka konia odchudza. Poprostu najgłówniejszy, jako lekarz rozumie, że w pokoju o temperaturze UWAGA 34-38 stopni niejakiego Celsjusza, nie da się pracować produktywnie prze ponad 8 godzin. Zatem wielkodusznie, zyskując nasze dozgonne uwielbienie, wywala na zbitą mordę jedna stronę (nasłonecznioną) firmy o 14. Niestety z braku głównego, pozostałe szefostwo nie ma litości. I siedzimy, a właściwie od 14 pełzamy po firmie. Na bosaka, albo w podwiniętych spodniach:)

W ramach buntu udałam się zatem w godzinach pracy do banku. Postanowiłam skorzystać i zapłacić przedostatnią ratę za kompa. Nie spieszyłam się. Wręcz odwrotnie- rozkoszując się wiaterkiem lazłam niemrawo. Po drodze mijałam ogród, zielone trawniki i... Przychodnię dziecięcą. Z tego wszystkiego to właśnie przychodnia D zrobiła na mnie największe wrażenie. Zwłaszcza jedna mamunia.

Mamunia była widoczna z daleka. Atrakcyjna szatynka z małą dziewczynką usadowioną na biodrze. Ubrana w jakieś firmowe cosie - czyli miniówę szerokości paska, bluzkę głównie składającą sie z dekoltu, super modną torebkę oraz szpilki. Patrzyłam na nią z dużej perspektywy, zastanawiając się, czy mamusia nie jest pod wpływem. Ale doszłam do wniosku, ze jednak nie. Gdy byłyśmy już bliżej rozszyfrowałam powód chwiania sie w posadach. Szpilki. Niebotyczne, najcieńsze, jakie widziałam.Chyba bałabym się ich na naszych warszawskich drogach, nawet bez dziecka w objęciach... Mijająca mnie mamunia miała wyraz triumfu na twarzy. Była z siebie tak niesamowicie dumna, ze to uczucie aż biło. Jako stwór bezduszny i bezczelny pomyślałam sobie tylko jedno -  głupia babo, wywal sie, wywal. Tylko najpierw odłóż dziecko.

Kretyni są wśród nas.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8