Zakładki:
. GANG PACZĄCYCH CZAROWNIC
. GANG SYNOWYCH
0. Moje szablony
1. Zawsze:)
2. Na dobry dzień
3. Deser
4. Koty i psy
5. Tematyczne
6. Inne

Drukuj!

forum o css
poniedziałek, 30 czerwca 2008

Odwodnik wymyśliła zabawę. Jako zwycięzca bis (de facto pierwsza była Ela.D , ale w leśnej głuszy nie dysponuje pomocami naukowymi) zostałam uhonorowana prawem do wyprodukowania drugiej zagadki. O co chodzi? Zasady są proste. Kto odgadnie autora i tytuł cytowanego dzieła - przejmuje pałeczkę. Można zadawać pytania pomocnicze, na które udzielę odpowiedzi „tak/nie/nie wiem". Ograniczenie do literatury nie jest konieczne. Zatem, lecimy:

„...Wszystkie te małe, smutne przypadki wciąż stoją mi przed oczami. Na przykład pewna kobieta w średnim wieku z farbowanymi blond włosami i wymizerowana twarzą. Miała przepięknego, wielkiego psa o lśniącej sierści, wyraźnie dobrze karmionego i wypielęgnowanego. Nie dolegało mu nic poważnego - był żwawy, dumny ze swojego wyglądu, szczekał. Za to jego pani stała w cienkim kostiumie, zawsze tym samym, bez wierzchniego okrycia. Nie było specjalnie zimno, ludzie chodzili w lekkich ubraniach lub swetrach, ale ona drżała w sposób niekontrolowany; na rękach i nogach prawie nie miała ciała - wszystko wskazywało na niedożywienie. Prawdopodobnie całe jej dochody i czas szły na psa. Wykarmienie psiska tych rozmiarów musiało pochłaniać mnóstwo pieniędzy..." „...Ta kobieta żyła dla psa i chyba wszyscy to wyczuwali..."

Autor/ka książki, całkiem niedawno otrzymał/a nagrodę Nobla. Ponoć pisuje również książki science-fiction, ale przyznam, że nie czytałam i póki nie zobaczę na własne oczy - nie uwierzę;).

Omne ignotum pro magnifico est...

Następnej zagadki szukajcie u Sia.Si:)

niedziela, 29 czerwca 2008

Niedawno produkowałam roladę bezową, czas więc na zmianę smaków. Tym razem będzie na słono, czosnkowo, mięsnie i pysznie.

Podstawą jest schab. Około kilogramowy kawałek rozcinamy, tak, by mięso miało grubość około 1 centymetra, za to jak największą powierzchnię. Nie jest to wcale takie trudne, choć za pierwszym razem może zabrać trochę czasu. Teraz można puścić wodze fantazji i wybrać farsz, na jaki akurat mamy ochotę. Za pierwszym razem wybrałam szpinak - blanszowane liście podsmażyłam na maśle z dużą ilością czosnku. Doprawiłam dość ostro. Za drugim - starłam na tarce pieczarki (ok. 20 dag) i ¾ sporej cukini. Całość również podsmażyłam i doprawiłam do smaku. Do mieszanin dodawałam surowe jajko i suchą kajzerkę rozmoczoną w mleku. Poza zielonym farszem, każda rolada zawierała wałek z mielonego mięsa (np. karkówka, ok. 25 dag), doprawionego jak na kotlety mielone. Dla dodatkowego efektu kolorystycznego rolady, w mięsie układałam kawałki czerwonej, świeżej papryki.

Gdy farsz jest już gotowy przechodzimy do najtrudniejszej fazy. Mięso solimy (delikatnie!), doprawiamy świeżo mielonym pieprzem, a następnie rozkładamy na nim farsze (jak na zdjęciu) i zwijamy. Przyznam szczerze - łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Bowiem w zwijaniu cały kłopot. Farsz usilnie stara się wyleźć, maże się po rękach, blacie kuchennym i ogólnie jest wesoło. Wystarczy jednak odrobina samozaparcia i przechodzimy do wiązania rolady sznurkiem, tak, by całość ładnie się trzymała. Gdy rolada przypomina już przyszłe pyszności, całość solimy i ewentualnie czosnkujemy. Trzeba jednak pamiętać, że słone i ostre farsze będą oddawać swoje smaki, nie możemy więc przesadzić z przyprawami wierzchnimi. Całość zawijamy w folię aluminiową i odkładamy do lodówki na 12-24 godziny.

Po tym czasie roladę przekładamy do żeliwnego naczynia, podlewamy olejem i wrzątkiem do połowy wysokości. Pieczenie jest rosyjską ruletką. Wszelkie teorie, bowiem biorą w łeb i zostaje nam przeczucie. Za każdym razem serce podpowiadało mi, że 40 - 50 minut pieczenia w temperaturze 200 stopni w zamkniętym naczyniu żeliwnym (opcja z nawiewem), a następnie ok. 30 minut bez pokrywki i z rozciętą folią aluminiową, powinno być w sam raz. I było. Prawda jest jednak taka, że wszystko zależy od grubości rolady i samego mięsa. Po wyjęciu z piekarnika roladę przykrywamy pokrywką naczynia i odstawiamy do pełnego wystygnięcia. Efekt - doskonały. Rolada smakuje wspaniale tak na kanapkach, jak i sama, podgrzana jest też doskonałym obiadem. Szczerze polecam!

10:57, daria_nowak , Jedzonko
Link Komentarze (27) »
wtorek, 24 czerwca 2008

Może to dziwne, ale dyskusja, dialog, wymiana myśli, słów i poglądów jest dla mnie cholernie ważna. To wartość w pewnym sensie „sama w sobie”. Po to właśnie piszę bloga, po to czytuję produkcje innych. Po to komentuję i odpowiadam na komentarze. Gdybym nie widziała w tym sensu, po co w ogóle nawiązywać rozmowę i grafomanić w sieci? Jakiś czas temu gadałam sobie z Niezbyt_Wysokimi_Obcasami , na temat pewnego filmu. Miałyśmy zupełnie odmienne zdania, co w najmniejszym stopniu nie przeszkodziło nam w dogadywaniu się. I ja, głupia, sądziłam, że to normalne. Że właśnie sensem wymiany spostrzeżeń było nie przekonanie tej drugiej, że moja racja jest najmojsza, a przez to najlepsza, ale spojrzenie na coś, przez pryzmat innej osoby. I tkwiłabym tak w tej niewiedzy, przekonana o sensie dyskusji, gdyby nie naprostowała mnie jedna (jeden?) niesłychanie przenikliwa blogowiczka.

„Autorko, nie dyskutuj z darią, zmień towarzystwo. - Według mnie nawet gdy każdy ma prawo do swoich poglądów, to nie należy ich mieszać. Niech każdy głosi w swoim towarzystwie.” Miłosiernie nie przytoczę nicka, bo jak dla mnie powyższe zdanie to blamaż i niech lepiej pozostanie anonimowe… A może jestem skrzywiona? Może chodzi o to, by każdy każdego poklepał po plecuszkach, nie wysuwając argumentów kontra? By ludzie wzajemnie spijali sobie miód z dziobków utwierdzając w jedynej słusznej koncepcji, pomyśle, wniosku, czy ocenie? Jeśli tak, to ja odpadam. Postoję, podziękuję i wychodzę. Nie potrzebuję klakierów, tylko rozmówców. Nie marzy mi się krąg adoracji, ale ludzie którzy chcą ze mną dyskutować, nie bojąc się słów i nie uciekając przed nimi. Czasem mogą się zgadzać, czasem być w opozycji – jak to w życiu, ale słowa służą im do formułowania treści, które chcą wyrazić, niezależnie od „poprawności politycznej”. I tak mi już zostanie… Trudno, będę głupia.

 

Sprawę bym pewnie olała, gdyby nie wpis Odwodnik , który wywołał pewne skojarzenia.

niedziela, 22 czerwca 2008

Kilka osób od jakiegoś czasu namawia mnie na posiadanie samochodu, a przy okazji na zrobienie prawa jazdy. Może i uległabym tym namowom i graniu mi na ambicji (nie masz prawka?? Jak to??) Tyle, że... Mieszkam w stolicy, do pracy mam 3 przystanki autobusem, pod nosem metro. Do wszelkich bazarków i sklepów jakieś 4 minuty spaceru. Do ukochanej knajpy niewiele więcej. Oczywiście, jazda do wszelkich marketów to wyprawa. Oczywiście w piaseczyńskich sklepach outletowych bywam od przypadku do przypadku, oczywiście, gdy muszę pojechać na drugi koniec miasta, komunikacja miejska doprowadza mnie do płaczu, oczywiście wypady za miasto są mi raczej niedostępne... Ale... Czy naprawdę jest sens, żebym kupowała samochód? Na trasę praca-dom, dom-market raz w miesiącu, dom - outlet- raz na kwartał? O trasie dom-wypad pod miasto nie wspominając... Ja rozumiem, że dla niektórych ludzi samochód to oznaka statusu społecznego i dobrobytu. Tyle, że dla mnie to pozór i głupota. Nie warto mieć czegoś, co w ogóle nie jest potrzebne, tylko dla ludzi, którzy oceniają po stanie posiadania. Na czystą logikę - samochód jest mi potrzebny jak rybie rower, a jedynie generuje dodatkowe koszty... Nie licząc samego zakupu, trzeba pamiętać o ubezpieczeniach, benzynie, ewentualnych naprawach, płatnych parkingach na mieście, garażu pod domem i karcie wjazdowej do pracy. No i stracie czasu w korkach... Dla mnie samochód jest przedmiotem użytkowym. Jeśli stwierdzi się jego potrzebę - obiektywną, faktyczną, podbudowaną argumentami - zwyczajnie się go nabywa drogą kupna. Ale mieć, żeby widzieli? Nie. Odpada. Ja postoję... Wolę zainwestować w taksówki.

12:48, daria_nowak , a bo tak!
Link Komentarze (39) »
środa, 18 czerwca 2008

Od jakiegoś czasu czekałam na bardzo ważny urzędowy list. Od jego treści zależała, bowiem moja przyszłość –bezpośrednio na najbliższych kilka lat, natomiast długofalowo – na całe życie. Wyglądałam go z utęsknieniem, gryząc po nocach pazury, przy pełnej świadomości, że taka okazja powtórzy mi się dopiero jakoś w 2012 roku. Nie byłam zresztą osamotniona w tym oczekiwaniu. Jeszcze kilkanaście osób z całej Polski trzymało za siebie kciuki i nie chwaliło dnia przed zachodem, ale nadzieję miało. W paradę wszedł nam strajk poczty.Pewnie zaczęłabym się martwić, gdyby nie fakt, że duplikat dokumentu mogłam otrzymać w jakieś 3 godziny, a jedyne, co musiałbym w tym celu zrobić, to udać się na drugi koniec miasta… Co jednak mieli powiedzieć ludzie ze Szczecina, Bydgoszczy, czy skądkolwiek spoza Warszawy?

Strajk się skończył. List doszedł. Nie podjęłabym tematu, gdyby nie jeden drobny fakt. Pan związkowiec pocztowy, był uprzejmy stwierdzić, w TV „jaka płaca taka praca” i tu mnie ruszyło. Podpisując umowę o pracę, człowiek godzi się na proponowane warunki. Jeśli nie odpowiadają – spierdalać. Jeśli natomiast człowiek podjął się zadania, to jego psim obowiązkiem jest wykonywać je najlepiej jak potrafi. Albo odejść. A nawet strajkować, tyle, że z sensownymi argumentami i postulatami. Bo pogardliwe słowa „jaka praca…” świadczą o pracowniku, a nie o pracodawcy. Jak dla mnie facet jest do wyrzucenia i to dyscyplinarnego. W końcu symulował wykonywanie obowiązków służbowych, działając na szkodę Poczty…

Dodatkowo stwierdziłam, że strajk pocztowców jest bardziej szkodliwy, niż strajk lekarzy. Chory człowiek wyda ostatnią kasę, zapożyczy się, albo zakredyci, ale pójdzie się leczyć prywatnie. Natomiast poczta ma monopol. Nie ma jak jej obejść, bo konkurencyjne firmy wciąż są za słabe i mają nikłe szanse na opanowanie swoją siecią całego kraju. Ludzie nie ślą do siebie tylko pocztówek z wakacji i towarów z allegro. Bywa, że dostaje się wezwanie do sądu, albo wyniki badań lekarskich. Pocztą przesyłane są informacje o jakimś teście dla noworodków, który musi być wykonany w konkretnym terminie. Pocztowo załatwia się sprawy, o których adresat często nie wie, zanim nie zostanie oświecony listownie - nie ma więc szansy zadziałać prewencyjnie. Ciekawa jestem ilu osobom pocztowcy utrudnili życie, ilu choć chwilowo złamali kariery, ilu narazili na poważne konsekwencje i kłopoty. I ilu im tego nie odpuści…

 
1 , 2 , 3