Zakładki:
. GANG PACZĄCYCH CZAROWNIC
. GANG SYNOWYCH
0. Moje szablony
1. Zawsze:)
2. Na dobry dzień
3. Deser
4. Koty i psy
5. Tematyczne
6. Inne

Drukuj!

forum o css
poniedziałek, 27 lipca 2009

Lat temu mnóstwo, a może i więcej, pewna samosiejka, o twardym charakterze, znalazła sobie kawałek pola. Rosła niespiesznie, a wokół niej miasto.

Metropolia wygrała batalię z dziczą, a topola się ostała. Pyliła zawzięcie, a rozrastając się zaczęła z lekka demolować fundamenty okolicznej kamienicy. Z biegiem lat zaczęła się też chylić. Ewidentnie, ku upadkowi;). Miasto, w znaczeniu urzędników, miało to w dupie.

Nastał drapieżny kapitalizm oraz wspólnoty mieszkaniowe i właściciele, którzy już nie bardzo mogą mieć w dupie takie zagrożenie. Cóż z tego jednak, gdy na usunięcie drzewa niezbędne jest pozwolenie? I niech Was nie zmylą urzędnicze zapewnienia, że to formalność. Jak to najczęściej bywa, z błahostkami jest najtrudniej. Zatem: wniosek, opłata, wizyta w urzędzie. W odpowiedzi, za czas jakiś wizyta specjalisty, potwierdzająca, że wnioskodawcy, to nie eko-wandale i nie wymyślają po nocach, ze złośliwym uśmieszkiem na gębach, jakby tu ogołocić miasto z zieleni. Po wizycie - znów czekanie, czekanie, czekanie. W końcu zgoda, ale… Za wyciętą topole trzeba nasadzić 2 drzewa, minimum 5-letnie. Nie ważne jakie to koszty i ile jest miejsca. Choć oczywiście, wszystko musi się odbyć zgodnie z przepisami, czyli zachowaniem odległości od fundamentów.

Nie podniosłabym problemu, gdyby nie jeden drobiazg. Niedawna burza, 8 ofiar śmiertelnych i ponad 40 osób rannych. Gros właśnie po spotkaniu z drzewem. Miasto nie dba. Od wspólnot wymaga stawania na rzęsach i udowadniania, że nie chcą źle, tylko bezpiecznie, a i tak rzuca im kłody pod nogi.

Strzeżmy się następnych burz. Nie wszystkie wspólnoty są prężne, nie wszystkie stare drzewa rosną na terenach o które ktoś dba. Nawet wbrew urzędasom.

10:54, daria_nowak , a bo tak!
Link Komentarze (20) »
wtorek, 21 lipca 2009

Może i przykry, oby przejściowy.

Jeśli z miłości, przyjaźni i oddania pozwoli się sobie za bardzo zbliżyć do innego człowieka, kop w dupsko boli dotkliwiej. Zwłaszcza, gdy dłuższy czas poświęcało się komuś mnóstwo uwagi, chęci i dobrej woli. Jeśli chciało się, by dany dzień, ważny dla owego kogoś dzień, był jak marzenie. Jeśli spełniało się fanaberie i pomagało z odruchu wewnętrznego i potrzeby własnej. Jeśli – dla tego jednego dnia, zapominało się – i to stadnie, o godności, a nawet ;)) o stanie konta bankowego. Chciałam, chciałam, jak cholera, żeby wieczór panieński i ślub mojej przyjaciółki były piękne. Wymarzone. Takie, jakimi je sobie umyśliła. Jedno się ponoć udało. Ponoć, bo już sama nie wiem. Na drugim dowiedziałam się, że się „nie sprawdzam”. Doglądając gości, babci, robiąc kawki i nalewając herbatek, szamocząc się między jednymi i drugimi mniej lub bardziej obcymi ludźmi, z miłym uśmiechem na pysku – się nie sprawdzałam. I to, gdybym jeszcze usłyszała to z jej ust! Ale doszło to do mnie od osób trzecich. Dopiero nad ranem była uprzejma wyartykułować mi na papierosie zarzuty – do teścia, matki, męża, paru innych osób i mnie. Nikt się nie sprawdził. Albo chociaż był źle ubrany.

Poziom wkurwu rósł. Z każdą chwilą widziałam coraz większą porażkę. I moją przyjaciółkę – piękną pannę młodą, z idealnym makijażem, fryzurą, w pięknej sukni, zakochanym panem młodym u boku i wyrazem twarzy „pierdol się”.  Odzywkami w podobnym stylu, wygłaszanymi tonem, którego nie zapomnę. Pannę młodą, która miała nie gości, tylko widownię. Nie przyjaciółki, tylko niewolników.

A wspomniany wniosek? Prosty – nie angażować się w cudze sprawy. Nie na tyle głęboko, by stały się naszymi. Ważnymi. Bo się na koniec dowiecie, że się nie sprawdziliście. I was zaboli.

Cholernie

11:48, daria_nowak , zadumki
Link Komentarze (51) »
środa, 01 lipca 2009

Radości jazdy PKP opisywałam nie raz. Dwie podstawowe kategorie to starsze panie i urocze rodziny.

Rodzice z dziećmi (i nie mam na myśli niemowląt, czy maluchów), którym się zapomniało wykupić miejsce dla nieletniej pociechy i usiłują takową upchnąć w dusznym przedziale, na czwartego, a bywa, że i piątego, tym razem się nie trafili. Zatem pominę. Przejdźmy od pań.

Wraz z przyjaciółką wykupiłyśmy bilety równo 60 dni przed podróżą. Właściwie z jednej przyczyny. Nie będziemy spać na samej górze! Ona ma potężne problemy z kręgosłupem, plus sika 4 razy w nocy, ja duszę się pod sufitem i będąc z natury leniwa, nie planuję odprawiać akrobacji wysokogórskich bez wiązadeł w kolanie. Stąd szczególna dbałość o miejsca sypialne w rejonach dół – środek. Jak chciałyśmy, tak zanabyłyśmy. Szczęśliwe i objuczone, jak zwierzęta pociągowe, wtarabaniłyśmy się do przedziału. I zaczął się problem. Przywitał nas bowiem radosny szczebiot: „Och, jak dobrze, Panie takie młode, to się ze mną zamienią!”. Cholera, jak tu grzecznie i ładnie wyjaśnić, że panie zamiany nie planują, gdy dama wita nas uroczym uśmiechem? Plus, gdy dama od Krakowa szwenda się po korytarzu, żeby nie skotłasić pościeli i móc się zamienić? Cholera, sumienie się we mnie odezwało. Ale! Zaraz, zaraz, toć miałam się szkolić w asertywności i zdrowym egoizmie! Deklarując pomoc we wspinaczce, odmówiłyśmy grzecznie, acz stanowczo. Co nie zmienia faktu, że w momencie odmowy pot mi po plecach płyną…

Ciężki ten zdrowy egoizm...