Zakładki:
. GANG PACZĄCYCH CZAROWNIC
. GANG SYNOWYCH
0. Moje szablony
1. Zawsze:)
2. Na dobry dzień
3. Deser
4. Koty i psy
5. Tematyczne
6. Inne

Drukuj!

forum o css
czwartek, 30 sierpnia 2007


Już dawno stwierdziłam, że najgorszy na świecie wcale nie jest poniedziałek. Ma on bowiem pewne cechy pozytywne. Gdy nastąpi już, wbrew wszelkim błaganiom, a w niektórych przypadkach, nawet wbrew modłom, to JUŻ SIĘ ZACZĘŁO. Jest to etap dużo lepszy od JUŻ ZA CHWILĘ SIĘ ZACZNIE, zwłaszcza, gdy tyczy się to mało rewelacyjnych doznań;). Zatem, poniedziałek jako taki jest do zniesienia, najgorszy jest niedzielny, póżny wieczór. Wtorek idzie siłą rozpędu i początkowo-tygodniowej motywacji. Gorzej ze środą. Wtedy zdarzają się kryzysy. Pęd już zdycha, obowiązki doskwierają, rodzi się mały bunt. Taki buncik;). Swego czasu przeczytałam, w jakimś durnym gazetowym horoskopie, że czwartek ma być moim ulubionym dniem. Początkowo stukałam się palcem w czoło, ale z czasem przyjęłam do wiadomości;) Ba! Dopisałam ideologię! W końcu, to ostatnie chwile oczekiwania na 8 godzin formalności, jakie nastąpią w piątek. Ten zaś, właściwie się nie liczy. Ma minąć szybko i bezboleśnie… Po to tylko, by znów móc odrabiać zaległości domowe i pracowe w słodki i kochany weekend. Czasem nawet uda się wyrzeźbić kilka wolnych chwil na jakieś przyjemności. Ale to tylko czasem i nigdy zimą! Zimą porządne człowieki;) oraz niedźwiedzie, śpią w swych gawrach. A że spoglądając za okno i zakładając kolejne warstwy odzieży, stwierdzam, że coś to lato, chyba szykuje się do odwrotu, na z góry upatrzone pozycje, więc delikatnie sugeruję: korzystajmy, póki nie trzeba zapaść w zimowy sen:)

wtorek, 28 sierpnia 2007

O kulturze żydowskiej wiem niewiele. Nie wartościuję tego w kategoriach dobrze-źle, ale oczywistym jest, że lepiej wiedzieć więcej niż mniej. Zwłaszcza, że Żydzi to część naszej historii, a siłą rzeczy także kultury i nie da się temu zaprzeczyć Rydzykową propagandą nienawiści.  Warto więc chyba wiedzieć, że po raz kolejny odbędzie się Festiwal Kultury Żydowskiej w Warszawie. Choć czasu do tego jeszcze sporo (2-9 września), wolę uprzedzić, bo jest to wydarzenie, na które warto przybyć nawet z daleka. Cała ulica przedwojenno-żydowska. Muzyka, śpiewny język, spotkania po latach, wywołujące wzruszenie nawet postronnych obserwatorów, zapachy specjałów, którym trudno się oprzeć i KLIMAT. Bo Warszawa Singera ma niepowtarzalny klimat. Odrobina melancholii, szczypta wspomnień i dużo radości, tańca, śpiewu, zabawy. Za każdym razem obiecuję sobie, że pójdę na Próżną, że posłucham Klezmerów, że wtopię się w tłum i wciąż mi nie po drodze. Tym razem się uparłam. Chcę zobaczyć gotowanie czulentu, posłuchać chóru żydowskiego, obejrzeć wernisaże. Dużo chcę, zobaczymy co mi z tego wyjdzie.

Bycie wrodzonym bałaganiarzem, ma swoje plusy i minusy. Podstawowym plusem jest fakt, że w swoim bajzelku człowiek zazwyczaj znajdzie wszystko, a inni już nie:) Zatem można spokojnie ukryć wszelkie dowody zbrodni, kładąc je niemal na wierzchu. Gorzej natomiast bywa, gdy człowiek sam siebie zasugeruje swoją bałaganiarską naturą i da się zwariować. Od co najmniej dwóch tygodni obiecywałam sobie, że poszukam umowy kredytowej, którą podpisałam z własnej woli, przy okazji zakupu aparatu cyfrowego. Obiecywałam, termin zapłacenia raty się zbliżał, ale wizja przekopywania się przez papierową zawartość kredensu ochładzała me zapędy. Szybko więc przekonywałam siebie, że właściwie, to może by tak… jutro? W końcu, 3 dni przed terminem spłaty pierwszej raty, ruszyłam do boju. Przewertowałam wszelkie miejsca, które nie były oczywiste. W drugiej, zlustrowałam nieprawdopodobne. W trzeciej doszłam do bezsensownych. W czwartej, po dwóch godzinach harówki, z adrenaliną tryskającą przez nos i trzęsącymi się łapami… znalazłam umowę, jak byk, leżącą TAM GDZIE POWINNA…

sobota, 25 sierpnia 2007
Zainspirowana pewnym pojedynczym zdaniem, postanowiłam, wszem i wobec wyrazić swoje zdanie o kobietach. Zabrzmiało poważnie i poniekąd na poważnie jest. Choć z założenia nie obiektywnie:).

O ile potrafię dzielnie znieść facetów „bez jaj”, o tyle przebywanie w towarzystwie bezjajecznych kobiet jest dla mnie największą karą. Mimozy, ciche i potulne, szarpane i łamane wiatrem życia, budzą we mnie niechęć. Staram się taktownie usuwać z pola ich rażenia, zanim, z wrodzona delikatnością powiem, co o nich myślę. Kobieta znającą swoja wartość, silna, niezależna, decyzyjna, mająca swoje poglądy, pasje, własne życie, niezmiennie budzi we mnie sympatię. Taka, która mimo niepowodzeń nie ucieka od świata. Która podejmuje wyzwania i ryzyko. Taka, która wie, kiedy powiedzieć sobie dość. Która nie boi się siebie i potrafi „wylizać rany”. Z przykrością, acz szczerze, przyznaję się, że pogardzam bluszczami. Nie mają u mnie dodatkowych punktów „matki-polki”. Nie definiuję kobiety przez pryzmat jej opiekuńczo – rodzinnej roli. Bo to uwłaczające, jak sprowadzenie wartości mężczyzny do siły jego portfela.

W kręgu moich bliskich znajomych są kobiety autoironiczne, silne, nastawione do świata partnersko. Posiadające wiedzę i świadomość niewiedzy. Kompletne jako osoby. Spełniające się w wielu dziedzinach. Przygodą jest oglądanie ich światów.

daria_nowak, sobota, 25 sierpnia 2007 Opublikowany
21:37, daria_nowak , zadumki
Link Komentarze (89) »
piątek, 24 sierpnia 2007

Niedawno z ust całkiem poważnej i zdawać by się mogło mądrej osoby, usłyszałam stwierdzenie „nie ma czegoś takiego jak meteoropatia, to jakiś wymysł”. I szlag mnie jasny trafił.

Jeśli pogoda nie oddziałuje na nasze samopoczucie, to czemu niektórzy wyczują halny na wiele kilometrów? Czemu, pierwszą osobą informującą mnie o idącej zmianie aury, nie jest Pan Zubelewicz, ale pracowa koleżanka:), której kostka nożna:), z zapasem 2ch dni, zaczyna wysyłać niepokojące sygnały? Jakim cudem ja osobiście, dostaję napadu ziewania, przy każdym spadku ciśnienia atmosferycznego?

Widać, jednak przemieszczające się fronty, zmiana rodzaju mas powietrza, czy coś tam, oddziałuje na nas, wywołując konkretne reakcje. Są zresztą różne typy tych reakcji. Ja prezentuję zdecydowanie objawy mózgowe:). Zaburzenia sfery emocjonalno-intelektualnej, objawiające się, między innymi, „specyficzną”;) jakością blogowych wpisów (czyli zwyczajnie – pisaniem bzdur;)), poziomem awanturniczości lub też – odwrotnie spleenowatym klimatem, są obserwowalne na bieżąco:)

I teraz chociaż znam winnego:) To wszystko wina pogody. Oraz masonów i cyklistów;))

 
1 , 2 , 3 , 4