Zakładki:
. GANG PACZĄCYCH CZAROWNIC
. GANG SYNOWYCH
0. Moje szablony
1. Zawsze:)
2. Na dobry dzień
3. Deser
4. Koty i psy
5. Tematyczne
6. Inne

Drukuj!

forum o css
poniedziałek, 27 sierpnia 2012

One Day ShowroomCieszyłam się ostatnio na powrót na uczelnię. Cieszę się dalej, choć jakby mniej, albowiem uczelnia mnie wkurwiła. Miał być egzamin końcowy z całego roku. Żałowałam, że nie egzamin ustny, jak niemal wszędzie, ale cóż, taki lajf. Otóż nie. Zmienili. Poza TESTEM, które jak wiemy kocham miłością pierwszą, będzie praca. Luz niby, gdyby nie to, że wskazano obszary projektu i są to: lobbing w instytucjach polskich i europejskich, który wali mnie centralnie w czółko, zarządzanie środkami europejskimi, które mam w głębokim poważaniu oraz ewaluacja realizowanych projektów, w tym europejskich, które mi wiszą i powiewają kwaszoną kapustą. Zajebiście. Przy czym wybór był spory, jako, że studia głównie dotyczą administracji publicznej, postępowania administracyjnego, umów cywilnych, zarządzania ludźmi, prawa zamówień publicznych, etyki w administracji. Ale kurwa nie. Musi być projekt w temacie unii, bo bez unii wszyscy by się czuli niewyedukowani i jakby gorsi. No i mam kłopot. Ani mnie to interesuje, ani bawi, ani mi potrzebne…

Tym bardziej MUSZĘ znaleźć pocieszkę.

Jak wiadomo, jako kobieta pocieszam się mężczyznami, bądź zakupami. Na tych pierwszych jakby posucha w zakresie mnie interesującym, a to drugie kosztowne. Nic to. Na szczęście 29 września Pani Olga z koleżanką robią One Day Showroom, gdzie poza cud urody biżuteryją dostępne będą torebki.

Kobieta idąca na uczelnię potrzebuje koniecznie: torebki w formacie minimum A4, nowego, eleganckiego pióra, nowego długopisu, zestawu notatników pod kolor torebki, kolorowych cienkopisów, nowych butów, nowych perfum, nowych kolczyków.

No dobra. Rozszalałam się. Ale torebka to mus!



08:32, daria_nowak
Link Komentarze (44) »
niedziela, 26 sierpnia 2012

Kilka dni temu obudził mnie telefon. Łzawe buczenie po drugiej stronie słuchawki, o drugiej w nocy raczej nie zwiastuje nic dobrego. Tak było i tym razem, niestety. Spore prawdopodobieństwo niechcianej ciąży, bardzo niechcianej… A w końcu to Polska, kraj, w którym kobieta nie ma prawa decydować o sobie, zupełnie jak Aborcjaw Chile, czy innej Nikaragui… Czyli – czarna dupa.

Mając jednak wizję końca świata rozpoczęłam poszukiwania. Oczywiście w sieci, bo gdzieżby.

Ogłoszeń o „przywracaniu cyklu” są całe stada. Najczęściej reklamują farmakologię. Oczami wyobraźni widziałam paczkę z aspiryną za 400zł, która zda się psu na budę i tylko powiększy ogólną panikę. Dobra, zostały womenonweb, do których nie tyle mam zaufanie, co raczej nie mam niemania zaufania;). Ale oczytawszy się o konsekwencjach zrezygnowałam z pomysłu, w związku z grupą krwi kumpeli. Przy Rh- ponoć lepiej nie próbować. Ma to jakiś związek z późniejszym konfliktem serologicznym, ale o co dokładnie chodzi – nie zgłębiałam.

Szperałam dalej. I znalazłam sposób! Czechy. Strona po polsku, pokój wypoczynkowy dla osoby towarzyszącej, namiary na zaprzyjaźnione, niedrogie pensjonaty. Za jedyne 380 ojro – załatwione. Dodajmy do tego transport z Cieszyna – 150 ojro – razem daje nam to drobną kwotę 2200 zł.

Drobną jak drobną, biorąc pod uwagę, że niechciane ciąże dotyczą prędzej nastolatek i osób o niskim statusie materialnym, niż 30tek pracujących w korpo…

I tak oto zrozumiałam turystykę aborcyjną. Zwłaszcza, że nieśmiało rozpuszczane wici dawały odzew w postaci mglistych urban legend o zabiegach w kraju za 4500zł , tudzież o zabiegach wykonywanych w pośpiechu, w byle jakich warunkach, bez późniejszych konsultacji lekarskich.

Kiedyś śmieszyła i wkurwiała mnie nasza hipokryzja, twardy zakaz z kwitnącym podziemiem. Kilka dni temu zdałam sobie sprawę, że chodzi o dużo, dużo więcej. Chodzi o życie kobiety,  która przez kawałek pękniętej gumy może musieć postawić swój świat do góry nogami. Nie zrozumie tego nikt, kto nie zetknął się z tym w bliskim otoczeniu, albo osobiście. Ileż krzywdy wyrządzają gadające głowy, przekonane o tym, że ich moralność, górnolotnie nazywana wiarą i WIEDZĄ, jest jedyną słuszną (notabene - błąd!).

Na szczęście wszystko dobrze się skończyło, nie było wyjazdu, nie było tabletek, świat wrócił do normy. Tylko, że poczułam ten lęk, zobaczyłam człowieka, który bał się tak bardzo, nie myślał logicznie, któremu posypał się świat. I winą za to, co ona przechodziła, w pełni obarczam naszych polityków liżących rączki kościoła. Uściślijmy, raczki, które świeckiemu państwu pokazują faka.

I nie będę podejmowała dyskusji ZA ani PRZECIW. Bo każdy ma prawo decydować o sobie. Można się mieć odmienne zdanie – ale nie można rządzić cudzą dupą.



00:34, daria_nowak , a bo tak!
Link Komentarze (42) »
środa, 22 sierpnia 2012

Rzecznik Praw Dziecka, Prokuratura i wszyscy święci się oburzali. Wyrodna matka, grzmiały telewizory, o prasie nic nie wiem, bo nie miałam wtedy na nią czasu. A ja jakoś nie miałam przekonania do tej wielkiej i strasznej afery dziecięcej. To pewnie dlatego, że jestem genialna, albo dlatego, że nie lubię dzieci i raczej mi wiszą, póki dramaty nie są bardziej drastyczne.

Wyrodni rodzice zostawili biedne, małe, smutne, zapłakane i jakie tam jeszcze dziecko na lotnisku, pod opieką, strasznych obcych ludzi, a sami polecieli sobie na wakacje. Wrednie polecieli, bo sami dziecku zapomnieli zaktualizować paszport i jeszcze je za to karzą. Brrr normalnie.

I tylko, jak zwykle, media pokazały kawałek prawdy. Wprawdzie babcia Margi zawsze mawiała, co by chłopu całej dupy nie pokazywać, ale to chyba jednak nie ten przypadek?

Dziecko zostało na lotnisku … przez 4 minuty. Świńskim truchtem pędzili doń: kumpel ojca, dziadek i opiekunka. Normalnie patologiczna rodzina...

Kto grzmiał? Kto się oburzał? Przyznać się.

I co? Łyso;)?



22:33, daria_nowak
Link Komentarze (52) »
wtorek, 21 sierpnia 2012

DINOZAURByłam zawsze dumna z jakości polskiej edukacji. Jasne, utyskiwałam i pyskowałam, bo inaczej nie byłabym sobą. Ale uważałam, że mimo wszystko uczymy się i to nie tylko jak szukać wiadomości w Internecie (już nie w innych źródłach, oj nie), ale również wtłacza się nam do łbów pewien zakres wiedzy podstawowej. Tak, pamięciowej i nie przyjmuję do wiadomości, że wiedza pamięciowa jest be. Jest równie cacy jak nauka myślenia, bo jednak, żeby rozumować i wyciągać wnioski podstawowe informacje trzeba mieć.

Dodatkowo sądziłam, że dostępność netu, telewizji wszelakich, gazet, czy książek, ułatwia nam rozumienie świata, choćby przez łatwość zdobywania bieżących informacji– w końcu korzysta się nawet mimochodem. Otóż nie. Trzeba jeszcze chcieć.

Fundacja BBVA zleciła sondaż, który przeprowadzono w USA i 10 krajach europejskich, w tym w Polsce. Zadano 22 pytania i… wypadliśmy słabo. To znaczy sukces jest. Więcej byków popełniali Włosi i Hiszpanie, czyli ktoś tam za nami się jeszcze dynda.

Żeby nie być gołosłowną i się nie wywyższać bezpodstawnie – test wykonałam, co również możecie uczynić TU. Mam jedno ale. Nienawidzę testów tego typu. I nie chodzi mi o podchwytliwość (haha) pytań ale raczej o ich konstrukcję. Nie jestem pokoleniem uczonym „do testów”, więc podeszłam nieufnie. Wyników nie podaję, choć zaczęłam od testu, a nie od artykułu, ale ok., może być zafałszowany. Jednej rzeczy nie wiedziałam całkiem, przyznaję się lojalnie i do obrzydliwości uczciwie.

Ale i tak mi jakoś głupio – tak całościowo... chyba za tych, których przodkowie zajadali się bezgennymi ;) pomidorami, uciekając przed dinozaurami…



14:02, daria_nowak
Link Komentarze (66) »
niedziela, 19 sierpnia 2012

Zadaję sobie to piękne w swej prostocie pytanie od jakiegoś czasu. No dlaczego? Co im szkodzi napisać, ile ten cholerny makaron naprawdę trzeba gotować, żeby był al dente? Czy to jest jakaś tajemnica? Czy chodzi o wiedzę tajemną?

Kupuje człowiek dobry włoski makaron. Czyta – aha 11 minuti ma gotować i będzie gut. Gotuje zatem, pomieszywujac od czasu do czasu, odlewa i dostaje miękkie kluski. Wściekły zmienia więc na mniej dobry i polski – tym razem 9 minut. Ok. niech będzie. Gotuje, miesza. I co? I znów ciaputki totalne, rozłażące się pod widelcem. Wściekły kupuje różne – złe, dobre, markowe, no namy i tylko psiego jeszcze nie nabyłam w rozpaczy… i wciąż to samo 12 minuti – ciapa, 7 minuti – breja… O co, kurwa, chodzi?

Teraz gotując kluchy stoję nad nimi z szaleństwem w oku i łychą cedzakową w dłoni, by co 30 sekund wyciągać przypadkową kluchę i próbować. W efekcie jestem nażarta do wypęku półsurowym makaronem, zanim podam obiad.

Kochany pamiętniczku, czy to jakaś zmowa jest? Czy napisanie prawdy na pudełku boli?



12:46, daria_nowak
Link Komentarze (30) »
 
1 , 2