Zakładki:
. GANG PACZĄCYCH CZAROWNIC
. GANG SYNOWYCH
0. Moje szablony
1. Zawsze:)
2. Na dobry dzień
3. Deser
4. Koty i psy
5. Tematyczne
6. Inne

Drukuj!

forum o css
wtorek, 30 września 2008

Dziewczynką młodą będąc zdążyłam się nasłuchać o tym całym orgazmie. Jakie to cudo na kiju i w ogóle szał ciał i uprzęży. W ramach zwykłej, zdrożnej ciekawości zaczęłam szukać informacji. Najpierw teoretycznych, bo inaczej się zwyczajnie nie da. Przeszłam, więc przez etap wspólnego oglądania porolni, etap głupich podśmiewajek szkolnych i okołopodwórkowych, etap rozmów, kto to, czego nie robił i jak było, etap kupowania gazetek. W momencie, gdy stwierdziłam, że może i pojęcie ogólne mam, ale teoria mi nie starcza i przeszłam do czynu, przeżyłam gigantyczne rozczarowanie. Ani działania własne ani w atrakcyjnym towarzystwie, nie przybliżały mnie do orgazmu w żadnej mierze. Przerażające! Gdy straciłam już wszelką nadzieję i uwierzyłam w brak reakcji u niektórych kobiet, napotkałam tekst, w którym pierwszy raz spotkałam się z pojęciem reakcji wyuczonej. Nie wiem, czy mężczyźni zdają sobie sprawę, jaką drogą przez mękę dla większości kobiet jest wyuczenie się przeżywania orgazmu. Niby wszystko dzieje się jak powinno, niby napięcie wzrasta, pożądanie rośnie, piersi się powiększają, ma się uczucie wilgoci i… nic. I porażka. I wielkie rozczarowanie. I dziwne uczucie wstydu, winy, niechęci do partnera. Wtedy uczymy się udawać. Uczymy się dla świętego spokoju, bo co niby innego mamy zrobić? Nawet masturbacja nie pomaga. Orgazmu nie ma. Jest przyjemne uczucie napięcia, jest niecierpliwość, jest nawet błogość. Ale orgazmu jak nie było tak nie ma! Ja czułam się niekompletna. Niewłaściwa. Inna i gorsza. Sprawiająca zawód, sobie i mężczyźnie. I pewnie wyuczyłabym się genialnej symulacji, gdyby nie zakup komputera. Tak moi drodzy. Pierwszy orgazm przeżyłam przy kompie z pornolem. Nie z żadnym z ukochanych, wymarzonych kolejnych mężczyzn mojego życia. Pierwszy orgazm był szokiem. Był przeżyciem tak obezwładniającym, że właściwie nie umiałam sobie z nim poradzić. A po wszystkim miałam zakwasy:). Tyle, że to wcale nie było jeszcze końcem drogi do pełnej satysfakcji... Do dziś zdarza mi się udawać orgazm. I ciekawa jestem ile kobiet się przyzna, że im też…

I jeszcze drobiazg, w sam raz na dzisiejszy nastrój.

 

23:08, daria_nowak , zadumki
Link Komentarze (66) »

Gdy człowiek siedzi nad kubkiem herbaty o 2 w nocy, bo próba położenia się na płasko natychmiast powoduje skurcz oskrzelowy, dochodzi do głupich wniosków. A właściwie zwyczajnie dokonuje pracy myślowej. Co wszak zazwyczaj na jedno wychodzi. Od jakiegoś czasu, z częściowo nieznanych mi przyczyn, w komentarzach pojawiają się TENDENCJE. Dziwią mnie odrobinę, bowiem interpretowanie każdego mojego wpisu, jako zarzutu wobec kogoś, albo nawiązania do moich spraw prywatnych jest przesadą. Wbrew potocznej opinii, czasem rozumuje się, w oderwaniu od własnej dupy i nie każdy bloger, pisząc o czymś, koniecznie musi nawiązywać do swoich przeżyć wewnętrznych. Nie zawsze też na ich bazie musi chcieć komuś dojebać. W efekcie pragnę tu poinformować osoby zainteresowane, że: 1. nie mam do nikogo pretensji, 2. nie obwiniam nikogo, 3. sama chciałam to mam, 4. moje decyzje są autonomiczne, 5. szanuję ludzi, nawet jeśli mnie zawiodą, 6. nie będę roztrząsać kto jest dobry, a kto zły, bo wina leży po środku, 7. nie będę udowadniać, że nie jestem wielbłądem, 8. nie będę zmieniać krztynę napastliwego stylu pisania, tylko dlatego, że ktoś może pomyśleć, że piję do niego, 9. jeśli ktoś myślał, że jestem z natury miła i uległa, to się dawno tak nie pomylił, zresztą – lojalnie uprzedzałam:) oraz 10. nie będę deprecjonować wartości ważnych dla mnie osób. Ma to pewnie jakiś związek z odpowiedzialnością i konsekwencją, ale się nie upieram:)

Przy tym pragnę zaznaczyć, że jednostki aspirujące do miana moich przyjaciół nie muszą poprzenosić gór, ale wyrażać emocje i zamiast ględzić o tym, że byłoby tak miło, gdyby kontakt trwał, zwyczajnie powinny się interesować moimi sprawami i go utrzymywać. Ale znów się nie upieram. I jest to jedyny, a przy tym ostatni wpis na ten temat. Chętni mogą się wypowiedzieć. Niechętni zresztą też. A pewnie i tak nikt nic nie powie, bo tak zamotałam, że nie wiem, czy sama rozumiem:)

niedziela, 28 września 2008

Dyskusja u Harrego przypomniała mi pewne zdarzenie sprzed kilku lat. Wróciłam właśnie w pośpiechu z pracy, klasycznie obładowana siatami. Zdążyłam tylko wpaść do domu i zrzucić SZPILKI(i to bardzo wysokie!), gdy odezwał się domofon. Pan kurier przybył z jakimiś allegrowymi nabytkami. Czekałam na niego w otwartych drzwiach, zaaferowana różnymi myślami pracowo domowymi. A drzwi mam usytuowane akurat naprzeciwko windy, bliziutko, bardzo bliziutko. Pan kurier wjeżdżał, a z każdym mijanym centymetrem zmieniał mu się wyraz twarzy. Zyskiwał rys zgrozy. Gdy wylądował na moim piętrze bez słowa podał mi paczkę, papierek na autograf i zniknął jak sen złoty w czeluściach trzymanego na piętrze dźwigu. W pierwszym momencie nie wiedziałam cóż go tak przeraziło. I wtedy uświadomiłam sobie jak wyglądam… Miałam bowiem na sobie elegancki kostiumik utrzymany w pięknych brązach, elegancką bluzkę ze złotościami, pełne uzbrojenie biżuteryjne, wystrzałową fryzurę stworzoną ręką fryzjera… i wielkie, gigantyczne, puchate kapciochy - białe tygrysy –na nogach. No wariatka jak nic! Nie dziwię się, że uciekł. Po takiej biało-tygrysiej jednostce można spodziewać się wszystkiego… To tyle w temacie szpilek w domu. No chyba, że w okolicznościach zgoła intymnych;) założone do siatkowego bodystockings…

czwartek, 25 września 2008

Siedzi sobie człowiek, grzecznie, w oczekiwaniu na dostęp do okienka paczkowego na poczcie. Siedzi i kontempluje, bez szkód dla współczekaczy. Bo co ma niby innego robić? Nuuuda panie. Aż tu otwierają się wrota i wchodzi parka. Młodzi, choć nie gniewni, tak w okolicy końca LO, początku studiów. Patrzę z aprobatą, bo ładna parka, miło zerknąć. Aż tu parek mówi do parki: „Weź numerek.” No, sam mógł wziąć myślę sobie feministycznie. „NIE UMIEM” – odpowiada parka.

Padłam. Feministyczne myśli ulotniły się ze mnie w ułamku sekundy. Dobrze, że siedziałam, bo kolana mi osłabły.

Dla zainteresowanych: procedura pobierania numerka na poczcie:

  1. Podchodzisz do machiny numerkowej, ustawionej centralnie w widocznym miejscu.
  2. Wybierasz jedną z dwóch dostępnych opcji: a) wpłaty, wypłaty, cośtam, cośtam oraz cośtam; b) paczki - na podstawie głębokich przemyśleń – po kiegoś tu przylazł.
  3. Naciskasz wielki zielony guziol, przy odpowiedniej opcji.
  4. Maszyna wypluwa numerek.
  5. Odrywasz numerek.
  6. Wykonujesz skomplikowaną pracę umysłową, śledząc numerki pojawiające się na tablicy na środku poczty i porównując z trzymanym przez siebie świstkiem.
  7. Uciekasz, bo przerósł cię poziom trudności zadania.
  8. Bierzesz nóż i idziesz się powiesić, bo do normalnego życia się nie nadajesz.

 

środa, 24 września 2008

W jednej z kołobrzeskich knajp, zresztą, moim zdaniem NAJLEPSZEJ, pośród wielu niesamowicie dobrych rzeczy znalazłam też wyśmienite małe co nie co. Teoretycznie je się to do piwa. Moja prywatna praktyka wskazuje na co innego. Je się to do wszystkiego, z dużą przyjemnością i zapałem. Oczywiście, jako kuchara z powołania, nie tylko musiałam rozgryźć przepis, ale koniecznym było wprowadzenie enciu własnych poprawek. Zatem lecim z tym koksem. Po pierwsze należy udać się do sklepu, celem nabycia: 50 dag twarogu z kostki, bezczelnego, nie śmietankowego; 25 dag masła; 50 dag mąki pszennej (to znaczy kilograma, bo inaczej się nie da); cebuli ( w zależności od wielkości 4 - 5 sztuk); 20 dag pieczarek, 1 paczki szpinaku w liściach, małego kawałka oczku wędzonego, kawałka dor blue, czy innego rokpolu. Zakładam, że sól, pieprz, oliwę, czosnek, majeranek i inne drobiazgi nie wymagają dodatkowego nabycia, jako, że rosną w każdej kuchni. Teraz do dzieła: Twaróg rozdrabniamy i wkrajamy doń masło. Dodajemy 2 łyżeczki soli i znów rozrabiamy. Bierzemy się do poważnej roboty, dodajemy mąkę i zagniatamy ciasto. Robimy to dość energicznie, by dać mu szansę na zostanie półkruchym. Jeśli twaróg był mokry należy dodać więcej mąki, ale to już na czuja. Na PICASE wstawiłam min. zdjęcie ukazujące stan po wyrobieniu, można zatem porównać swój wytwór z wzorem. Dzieło wstawiamy do lodówki i chwilowo o nim zapominamy. Robimy farsz. Klasycznie jest on cebulowy, ale… dodatkowo przyda się szpinakowy i na przykład pieczarkowy. Zamrożone liście szpinaku (ok. 1/3 opakowania) lądują na patelni z odrobiną wody do rozmrożenia. Dodajemy czosnek, masełko, kawałeczki ostrej papryki i na koniec - odrobinę śmietany. Całość doprawiamy do smaku. Pieczarki (5-10 sztuk) kroimy i podsmażamy z połową cebulki poszatkowanej w kosteczkę. Dusimy, odparowujemy nadmiar płynu i dosmaczamy. Cebule (4-5 sztuk) kroimy dowolnie (u mnie w piórka) i podsmażamy na pokrojonym w kostkę boczku wędzonym. Całość zalewamy wodą, dusimy i doprawiamy po odparowaniu. Ja dodatkowo dodałam majeranek. Teraz wyjmujemy ciasto, rozwałkowujemy, wykrawamy kółka. Nakładamy farsz i zlepiamy całość jak pierogi. I tak do wykończenia składników, przy czym faszerując szpinakiem, warstwę farszu posypujemy rokpolem. Pierożki smarujemy roztrzepanym jajkiem i posypujemy np. cebulowe majerankiem, pieczarkowe – białym pieprzem, a szpinakowe rokpolem. Kładziemy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia i ładujemy na 15-25 minut (do zrumienienia) do piekarnika rozgrzanego do 200 stopni. Na koniec powiem tylko, że wykonałam około 60 sztuk, które zeżarłyśmy (5 bab) na jednym posiedzeniu. Niektóre myślały, że pękną, ale i tak sięgały po kolejnego pierożka:). Inna sprawa, ze następego dnia zrobiły sobie głodówkę, zeby nie zdechnać;)

21:07, daria_nowak , Jedzonko
Link Komentarze (25) »
 
1 , 2