Zakładki:
. GANG PACZĄCYCH CZAROWNIC
. GANG SYNOWYCH
0. Moje szablony
1. Zawsze:)
2. Na dobry dzień
3. Deser
4. Koty i psy
5. Tematyczne
6. Inne

Drukuj!

forum o css
wtorek, 31 października 2006
Oddam szablon w dobre ręce... Osoby ciepłe, serdeczne, mądre, oryginalne, wyjątkowe, zdecydowane, ujmujące, piękne oraz choleryczne,
...zapędziłam się...
może po prostu
CHęTNI - proszeni o zgłoszenie - możecie sobie zobaczyć- na gandalfie - jakby co dawać znać... i lepiej się spieszyć, bo niedługo nastąpi produkcja kolejnego:)

Uzupełnienie - postanowiłam wyprodukować nową kategorię w zakładkach - szablony, które można zobaczyć i za moją zgodą pobrać. Tak będzie łatwiej:) A i wpisów poświęcać nie bedę musiała:)
21:42, daria_nowak , szablony
Link Komentarze (50) »

 

 Jutro wolne. Okazja do tego nieszczególna, aż strach nazwać jutrzejsze święto… Ostatnio gdzieś czytałam, że w jednym radio, dyrektor zabronił używać nazwy „święto zmarłych” na rzecz „wszystkich świętych”. Być może druga nazwa jest właściwa, ale wolę nie ryzykować… Jeszcze mnie ktoś pociągnie do odpowiedzialności, czy coś…:)

W ramach święta mam dzień lenia. Czemu? Albowiem… nie akceptuję narzucanych z góry świąt „pamięci”. Zresztą nie tylko, ale tych nienawidzę wyjątkowo i z założenia bojkotuję. NIE jeżdżę na groby. NIE urządzam wigilii, NIE wychodzę w Sylwestra. Nie, bo nie i już. Nikt nie będzie mi mówił, co, kiedy i jak mam czcić, ani czy mam być smutna, czy wesoła. Owczy pęd, który zmusza ludzi do wycieczki na groby na trzy cztery – mnie po prostu irytuje. Jak dla mnie pomysł cmentarzy, w obecnym wydaniu, jest poroniony. Pamięć o człowieku nie zawiera się w wystawnym pomniku, z piękną dębową trumną i gnijącymi zwłokami w środku. Pamięć zawiera się w głowach żyjących. Nie przekłada się na wiązanki ze sztucznych kwiatów kupowane na akord. Nie objawia się też w świeczkach zapalanych w ilościach hurtowych. Jeśli ktoś chce kupić sobie spokój sumienia za kwotę wydaną na przystrojenie grobu, niech się lepiej zastanowi, czy przez ostatni rok PAMIĘTAŁ o osobie, „do” której teraz idzie. Jeśli nie… cóż – to zwykłe pozerstwo. Lepiej wziąć przykład ze mnie i nie mieć sumienia. Wtedy, chociaż nic nie popiskuje wkopane w kąt:).

Pierwszy raz od zawsze jestem wierna jak pies. Grzeczna jak aniołek. Pierwszy raz od zawsze nie strzelam focha, nie wymagam nic, czego mieć nie mogę, nie rozporządzam, przyjmuję to co dostaje, choć nie raz gryzę się w ozór, bo chciałabym zażądać czegoś więcej. Bo potrzebuję go częściej, kiedyś, bardziej, inaczej, jakoś. Ale trzymam mordę na kłódkę, bo przecież są zobowiązania, które znam i przyjmuję. Pisuję słodkie smsy, mimo, że NIGDY tego z zasady nie robiłam. Kombinuję jak koń pod górkę, bo tego chcę. Budzę się z myślą o nim. Pierwszy raz dbam o siebie aż tak, żeby mógł być dumny, patrząc na swoją kobietę. I co? I jest foch… O co? O podbródek!!!

08:55, daria_nowak , a bo tak!
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 30 października 2006

 Średnio uprzejma, średnio miła, za to jaka inteligentna… szuka sama nie wie czego. Wiek: XXI, wzrost: wysoki, waga: ogólnie niezła, wymiary: w normie, złośliwość: w nadmiarze.

Ulubione książki: długie, nudne, głupie i inne byle miały ładne okładki. Ulubiona muzyka: mocna, głośna, uderzeniowa, zagłuszająca myśli. Ulubiony film: Dracula F.F. Coppoli, bo jest poplątany, bo budzi emocje, bo chleją absynt, a głupia cipka z miłości rzuca się do rzeki. Ulubiony aktor: G. Oldman- bo jest diabolicznym łobuzem z problemem alkoholowym. Ulubiona potrawa: ostre sosy, bo wykręcają na drugą stronę. Ulubiony kolor: czerwień – krwawa czerwień. Ulubiony sport: siatkówka, bo tak pięknie kaleczy dłonie. Ulubione zwierzę: kot, bo zawsze chodzi swoimi drogami. Ulubiony nastrój: wściekłość.

15:02, daria_nowak , a bo tak!
Link Komentarze (26) »
niedziela, 29 października 2006

 

 Muszę to po prostu opowiedzieć...no muszę, bo pęknę i będzie strasznie dużo sprzątania! W ramach wyjazdu, ze wszech miar służbowego, brałam udział w zupełnie prywatnym bankiecie. I to nie byle jakim! Bankiet był trochę taki, jaki my, czyli plebs zwykły, zwykliśmy oglądać w telewizorni, w ramach amerykańskich filmów… Ale po kolei…

Po 16 godzinach na nogach, gdy piasek pod powiekami skrobał niemiłosiernie, gdy marzyłam o herbacie, pozycji horyzontalnej i świętym spokoju…rozpoczęłam przygotowania. Cud po prostu, że byłam uprzedzona i wzięłam odpowiednie ciuchy… Pół godziny zajęło mi odrestaurowanie mordy, żeby przypominać człowieka… Fluidy rozjaśniacze, cienie, tusze, wszystko w ilości zdolnej pokryć obszar Sahary. O 19.45 wystrojona w różową taftowa bluzkę w czarne pasy, czarną spódniczkę oraz wykurwiście różowe rajstopki zeszłam do holu hotelowego… Gdy oddawałam klucz panienka w recepcji zjadliwie poinformowała mnie, że restauracja jest dziś nieczynna, albowiem odbywa się wewnętrzna uroczystość, jedynie dla zaproszonych gości… I przyznam szczerze, że był to jedyny moment, gdy dziko triumfowałam, że jestem zaproszona, bowiem mina panienki mocno zrzedła, gdy słodkim głosikiem, z niewinnym uśmiechem zapytałam, czy naprawdę sądzi, że nie jestem zaproszona…? Wiem, wiem, sucz:) Następnie w asyście osoby zapraszającej, wkroczyłam do pięknej knajpy… Tu nastąpi drobny wtręt: Jestem zwierzątkiem domowym, NIE lubię nowych ludzi. I nic na to nie poradzę. Bywam duszą towarzystwa, ale tylko, gdy mi się chce. W 17 godzinie, po ciężkim dniu pracy – NIE chciało mi się… Jestem antysnobką, w pewnym wymiarze i pomysł poznawania wszystkich świętych wywoływał we mnie wewnętrzny bunt. Krążenie z kieliszkiem wina i prowadzenie niezobowiązujących rozmów, pasuje do mnie równie dobrze jak praca w kamieniołomie… Ale cóż… Właściciel restauracji odpracował serdeczne powitanie, sprawiając wrażenie, że przez całe życie marzył o poznaniu mnie:) Miło… Wtryniono mi kielich w dłoń i usadzono przy stoliku przystrojonym skomplikowaną i nieopisywalną kompozycją kwiatową…no głównie kwiatową. Pół godziny później nastąpiła prezentacja… każda sztuka przedstawiana była z imienia i nazwiska oraz funkcji, a jeśli nie funkcji to powiedzmy „stanu posiadania”:)… Z każdą chwilą włos jeżył mi się na głowie… Matko i córko! Co ja tu robię?? Dla kurażu chlapnęłam winko… Męczyłam się straszliwie…czułam lekki skurcz mięśni twarzy od ciągłego promiennego uśmiechu. Oczywiście mało brakowało zakrztusiłabym się winem, oczywiście mało brakowało, a wywaliłabym krzesło…oczywiście…ech, szkoda słów:). Nie da się ukryć, że pojęcie „swobody” było mi niezwykle odległe… I tu nastąpiło apogeum męczarni… a mianowicie zaproszono nas do bocznej sali na żarcie. Mam taką małą wadę, atawiźmik taki…wstydliwy… Nie jadam przy obcych… Dostaję połączenia szczękościsku, z odruchem wymiotnym i mam ochotę ukryć się za zasłonami z ochłapem mięcha w dłoni i przeżuwać nieufnie, patrząc, czy aby nikt nie chce mi go wyrwać… Ale w ramach owczego pędu zostałam porwana przez tłum do korytka… W półmroku sali, oczom mym zielonym, ukazał się stół… Stół wielkości mojego pokoju… zastawiony wszystkim, z czego spora część wszystkiego składała się z fikuśnych dekoracji… Największe wrażenie robił szczupaczek, zapewne faszerowany, o długości circa about metr dwadzieścia, zajmujący „górny poziom” stołu … Włączyłam się w marsz wokół stołu, błogosławiąc się w myślach, za to że nie mam bluzki z zamaszystymi, rozszerzanymi rękawami i odganiając wizję ich hipotetycznego podpalenia, od porozstawianych wszędzie świeczek… Nakładałam po kawałeczku bliżej stojących potraw, z których bezbłędnie rozróżniłam jedynie krewetki, tatara i kartofelki zapiekane w ziołach i owinięte boczkiem wędzonym. Aha - szczupaczka nikt nie naruszył:) I tu po raz kolejny objawił się mój całkowity brak obycia. Z braku trzeciej ręki, zadbałam jedynie o posiadanie widelca lekkomyślnie zapominając o nożu… Ale dałam radę, głównie dzięki bombie czerwonego wina, która pozwoliła odsunąć troski w cień.

Gdy o godzinie 22 opuszczałam przybytek rozkoszy, byłam najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Jak ja kocham być plebsem. Jak ja kocham nie musieć „bywać”. Jak ja niesamowicie kocham luz i swobodę. I najgorsze jest to, że tak naprawdę „śmiętaunka” przyjęła mnie bardzo serdecznie, a mimo to czułam się tak, jak rekin mógłby się poczuć w jeziorze Jamno… Czyli mówiąc w skrócie – lekko nie a propos:)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8