Zakładki:
. GANG PACZĄCYCH CZAROWNIC
. GANG SYNOWYCH
0. Moje szablony
1. Zawsze:)
2. Na dobry dzień
3. Deser
4. Koty i psy
5. Tematyczne
6. Inne

Drukuj!

forum o css
poniedziałek, 26 października 2009

Ktoś musiał zacząć ten remont… 3 sierpnia zaczęłam Remont. Remont z dużej litery, bo rzecz potężna i z przytupem. Wraz z domownikami, w tym catus domesticus sztuk trzy, przeprowadziłyśmy się do wynajmowanego mieszkania, kilka przecznic od domu właściwego, zabierając zestaw niezbędników koniecznych w postaci 4 walizek, 9 pomniejszych tobołów, 12 siat z nadzieniem różnym oraz niepoliczalnej liczby przydasiów w oddzielnych opakowaniach.

Prace posuwały się wartko, prowadzone przez znajomego fachowca. W ciągu tygodnia pozbyto się podłóg, legarów, gruzu spod nich, tapet i w ogóle mnóstwa rzeczy. To było w sierpniu… Całość miała trwać miesiąc. Nauczona doświadczeniem dawałam półtora.

W poprzedni poniedziałek, zostałam doprowadzona do stateczności. W cichości wynajmowanego mieszkania postanowiłam zabić fachowca. Niehumanitarnie. Nakłamał mi bowiem, że w weekend przygotował wszystko do wejścia klepkarza. Co zrobił? Cóż… jest takie małe, czteroliterowe słówko, czasem błędnie pisane przez samo „hhhhhhhy”…

Gdy go w końcu złapałam telefonicznie ochrypłam od wrzasku. Dygresja. Czy to nie dziwne, że fachowiec – w końcu niby normalny człowiek, zaczyna rozumieć, co się do niego mówi, tylko w przypadku wrzasków i używania słów powszechnie uważanych za obelżywe? O co common? Koniec dygresji.

Zatem ochrypłam. W końcu przysłał człowieczka do poprawek, a ja miałam ciśnienie jakieś 250/180. Luz. Przeżyłam. Do wynajmowanego domu wróciłam przed 20, stwierdziwszy uprzednio:

- kradzież jednego odkurzacza

- zatarcie drugiego odkurzacza

- popsucie 2ch stołków

- grzebanie mi po szafkach (wychlanie głębiej schowanych herbat)

- pozostawienie w MOIM DOMU DWÓCH FLASZEK PO WÓDCE

- brak światła w kinkiecie łazienkowym

- kradzież jednego kontaktu złotego firmy Legrand

stwierdziłam pewnie więcej, ale nie pamiętam.

We wtorek miałam urlop, celem wprowadzenia klepkarza w meandry naszych pomysłów.

7.15 - stan w domu: ja, Rodzicielka, Witold, niech go cholera weźmie, fachowiec. Rodzicielka przejęła obowiązki awanturnicze i się drze. Żąda szczegółowego kosztorysu z propozycją kwoty do zwrotu za 2 miesięczną zwłokę, plus odkupienia odkurzaczy, herbat i takie tam. A, zapomniałabym – czy wspominałam, że fachowcy urwali kaloryfer? Zalewając przy okazji cały pokój? No to już wspominam. Urwali. Zatem żąda również zwrotu kosztów wymiany zaworka, które to poniosłyśmy we własnym zakresie. Jedyne 200 zł. NATYCHMIAST!

7.20. Na scenę wchodzi klepkarz, natomiast schodzi Rodzicielka udając się do pracy. Następuje opad szczęki, bowiem płyty OSB położone są ŹLE. Brak właściwych otworów dylatacyjnych przy ścianach. Scena druga. Okazuje się, że z płyt OSB sterczą główki śrub. Scena trzecia. Okazuje się, że w co bardziej ukrytych miejscach płyty są przykręcone na słowo honoru i klekoczą. Klepkarz nie może pracować, bo nie ma na czym. Dniówka klepkarza wynosi 400 zł.

Fachowiec zostaje poinformowany, że 200 zł zmienia się w 600zł i to jednej nóżce, ale KURWA już! Zaczynam dyszeć żądzą krwi.

Po 15 panowie kończą pracę. Sprawdzam każdą szczelinę dylatacyjną i każdą z 27757654547 śrubek. Przechodzę do gróźb chyba karalnych, by o 16.10 otrzymać należne 600zł. Przypominam o odkurzaczach i kosztorysie na poniedziałek. Z domu wychodzę przed 17... jakaś taka, kurwa, niemrawa...

 

A dziś? Dziś jest ten poniedziałek spotkaniowy. Pół nocy nie spałam. Zaczynam mieć tiki nerwowe;) W razie czego dacie mi alibii;)?

09:53, daria_nowak , a bo tak!
Link Komentarze (61) »
czwartek, 08 października 2009

Moje drogie panie, czy wiecie, że z każdym dniem, z każdą wręcz chwilą, przyczyniacie się dzielnie do przyszłego upadku świata? Że wasze prawo do głosu, prawo do pracy, prawo do edukacji skończy się, w ogólnym rozliczeniu, tragicznie? Poprawiając jakość swojej egzystencji działacie na niekorzyść ogółu? Bredzę? Nie.

Póki kobieta zajmowała się domem, gospodarstwem, obejściem, zbieractwem, rodzeniem dzieci i noszeniem krzyża było dobrze. Świat szedł w jakimś kierunku, mając na bieżąco świeżutkie dostawy mięsa armatniego i roboli. Panowie zajmowali się rzeczami wielkimi, choć i tak, gdzieś w zakamarkach umysłu pukała do nich myśl „Ręka, która porusza kołyskę, rządzi światem” (William Rossa Wallace). Ale pukała po cichu, nigdy oficjalnie. Ot taki żarcik na potrzeby płci pięknej. Mogli wojować, mogli politykować, bo jasnym było, że w domu siedzi żona, która wybaczy, nakarmi, obszyje. Która zrozumie i zadba, bo to jedyna społecznie akceptowalna postawa. Westalka przez wieki. Inkubator skrzyżowany z malakserem i piekarnikiem,;) z dodatkową funkcją seksualną – przedmiot wobec mężczyzny. Panowie chodzili niesfrustrowani, dzielni, pewni siebie, panie zaś obowiązkowo i przykładnie chyliły głowy przed normami społecznymi, które odzierały je z cech indywidualnych i wszelkich praw. Nie było problemu zahukanych, metroseksualnych mężczyzn niepotrafiących odnaleźć swojej roli życiowej.

Nikt nie kwestionował drugoplanowej roli kobiety, nikt nie walczył o jej prawo do zdania i głosu. Wszyscy jak jedne mąż uznawali, że kobieta jest istotą pośrednią, która nie została stworzona na obraz i podobieństwo Boga. To naturalny porządek rzeczy, ze kobieta ma służyć mężczyźnie. św. Augustyn.

Same zburzyłyśmy ten naturalny porządek. Pracując nie tylko jako guwernantki i pielęgniarki, domagając się pracy i praw. I co?

I się stało. Samoświadomość, realizacja marzeń, celów, ambicji. Zamiast rodzić robimy podyplomówki. Zamiast dbać - wymagamy. Zamiast czekać, same bierzemy sprawy w swoje ręce. Coraz mocniej sfrustrowane koniecznością udowadniania, że nam też się należy. Przyrost naturalny spada. Poziom frustracji obu płci rośnie. Pracujemy na upadek.

No i po co nam to było?

 

poniedziałek, 05 października 2009

To był mój dzień! Czasem tak bywa, że po lesie łazi tabun grzybiarzy, a tylko jeden kosi. Gdzie nie spojrzy tam, z dziko zielonego mchu, mruga do niego brązowy łebek. Tak miałam! Tak miałam! I jeszcze mam te widoki przed oczami. Włączył mi się instynkt, nie tyle łowcy, co raczej harpii...;)

I właśnie tam, w ciszy tego lasu, zapachu igliwia, wilgoci i ziemi, wśród pajęczyn napadających mnie znienacka pająkami łażącymi po łbie, uświadomiłam sobie, że namiętność do Internetu była moją protezą. Namiastką rzeczywistości.

Lata całe gotowa byłam zagryźć za taką opinię, kłócić się do upadłego, że to nie tak, że to nie „zamiast”. Że panika przed kilkudniowym odcięciem od sieci, to reakcja zdrowa i całkiem normalna;)

I ta cisza, uczucie zadowolenia i świadomość, że mam je z kim dzielić, pozwoliła mi dość do wniosku, że to gówno prawda.

Blogi to dla mnie wciąż rozrywka. Ale już nie imperatyw, mus, konieczność. Już nie czuję nakazu wewnętrznego, by śledzić szczegółowo losy wszystkich znanych mi nicków. Nie muszę się dzielić każdą sensowniejszą myślą, która z przypadku trafi do mojej głowy. Już nie MUSZĘ włączać komputera. Czasem tylko chcę.

Ucieczka w świat wirtualny to świadomy wybór, spowodowany nieuświadomioną potrzebą uzupełnienia deficytu. Tu panuje się nad rzeczywistością stworzoną. A kiedy ta prawdziwa nie zniechęca, nie przeraża, kiedy się człowiek z nią zaprzyjaźni, łatwiej w niej funkcjonować bez wybiegów. Bez ucieczki w obłaskawiony świat backspacea i deletea.

Zajebiście!

 

14:05, daria_nowak , zadumki
Link Komentarze (35) »