Zakładki:
. GANG PACZĄCYCH CZAROWNIC
. GANG SYNOWYCH
0. Moje szablony
1. Zawsze:)
2. Na dobry dzień
3. Deser
4. Koty i psy
5. Tematyczne
6. Inne

Drukuj!

forum o css
wtorek, 29 października 2013

Ledwie wróciłam do dom i runęłam sprzątać Guciowe szczochy (zdrowieje, ale jeszcze leje), gdy rozdzwonił się telefon. Tiutiu tiu, tiutiu tiu…

- Witam Panią, nazywam się Romualda Piździubździńska i chciałbym Panią zaprosić na spotkanie… - rozpędzony głosik zaszczebiotał mi prosto w korę mózgową.

- Nie dziękuję, nie jestem zainteresowana.

- Ale preszę pani, tu chodzi o pani zdrowie, gdyż…

- Mimo wszystko, dziękuję!

Odłożyłam słuchawkę i wróciłam do szczochów. Tiutiu tiu, tiutiu tiu…

- Dzień dobry Pani! Nazywam się Euzebiusz Karakułowacki i pragnę uprzedzić, że nasza rozmowa jest nagrywana! … - tym razem głos entuzjastyczno - konfidencjonalny, jakby rzeczony Euzebiusz chciał się ze mną podzielić świeżutko ukradzionym milionem złotych.

- Cieszę się, niemniej jednak nie skorzystam z Pańskiej oferty.

- Ale proszę Pani! Pani jeszcze nie wie…

- Dziękuję.

Sru słuchawkę. Dobra, gdzie odłożyłam papierowe ręczniki? Tiutiu tiu, tiutiu tiu…

- Witam! Mam dla Pani wspaniałą ofertę. – Ton znudzony, zero emocji.

- Żegnam.

Jeb telefonem. Wracamy do pachnącej plamy.

Tiutiu tiu, tiutiu tiu…

- Reprezentuje firmę…

- Wspaniale, żegnam.

Tiutiu tiu, tiutiu tiu…

Odłączyłam telefon.

Takie są skutki wyrażania zgody na przetwarzanie danych osobowych udostępnianych przez poprzednią posiadaczkę MOJEGO NUMERU TELEFONU!!! Gdybym ją kiedyś dorwała – zabiję w sposób okrutny i spektakularny. I zacznę od odrąbywania członków toporem! Tępym toporem! Po kawałeczku!



niedziela, 27 października 2013

Ostatnio o wróżkowaniu pisałam lata temu. Wówczas, faktycznie, jeden taki obiecał mi tyle, ile nikt nie byłby w stanie mi dać i się uspokoiłam. Aż do zeszłego miesiąca jakoś… Wszystko przez podstawówkowe spotkanie po latach. Mówiłam już, że baby w hurcie to zuo? A pijane baby to czarna msza normalnie?

Siedziałyśmy w pięć w The Mexican, gadałyśmy o bzdurach, popijałyśmy różowe trunki i jedna z nas wyskoczyła z opowieścią o wróżce. Otóż była, naładowała się energetycznie, uchachała po pachy i jest przeszczęśliwa, bo jej to dobrze na dekiel zrobiło. Zdążyłam pomyśleć, że ja też chcę i kurna(!) czemu ja o tym nie pomyślałam wcześniej (!), kiedy największa imprezowiczka z nas wszystkich (a reszta też nie od macochy) gromko stwierdziła, że jako katoliczka potępia takie praktyki, albowiem to znak Szatana.

Zatkało nas.

Jasne, jako katoliczka, wręcz powinna w sumie… Tyle, że… Nie powiem jak się przez lata bawiłyśmy, co wyprawiałyśmy, w jakich okolicznościach się wzajemnie ratowałyśmy, albowiem nawet ja mam jakieś granice wstydu. O niektórych rzeczach wolałabym zapomnieć, inne (w ocenzurowanej wersji) opowiem wnukom, a jeszcze inne budzą mnie, zlaną zimnym potem, w okolicach 3 w nocy, mimo upływu lat. Poza tym zgrzeczniałam, więc spuśćmy na to zasłonę milczenia. Ona natomiast nie zgrzeczniała i dalej świat jest dla niej jak ostryga.

Tym bardziej się zszokowałam wywodem o tym, jak to Szatan wyziera z czeluści poprzez takie „Wiedzące” i wikła nas w swoje ciemne sprawki, kierując nami podług swojej woli. Chyba wiara zaznaczona w tak konkretny sposób z lekka mnie przeraża. Póki jest abstrakcyjna – bardzo szanuję, gdy ktoś zaczyna mi opowiadać o Szatanie, upadłych aniołach i demonach jako o jednostkach na co dzień tuptających po naszych kuchniach i przedpokojach… cóż, czuję pewien dyskomfort…

W efekcie, wysłuchawszy bez wtrącania się, albowiem jako jednostka niewierząca uznałam, że nie powinnam się mądrzyć przesadnie, ugruntowałam w sobie potrzebę potkania z wróżką. Bo tak!

I poszłam, a co! Szanowna Wróżka okazała się być fajną dziewczyną w moim wieku, która zamiast dzień dobry podała mi kilka faktów, dat i imion, trafiając idealnie. Przy czym - nie dała mi się odezwać ani słowem. Mogłam ewentualnie coś spuentować, jeśli ona daną kwestie omówiła już do końca, albo podtrzymując szczękę kiwać głową pomrukując „mhm, mhm”.

Czy się sprawdzi to, co mi powiedziała? To kwestia zdecydowanie wtórna. Byłoby miło, nawet bardzo, bardzo miło, ale jeśli nie – przeżyję. Wizja, jaką przede mną roztoczyła częściowo pokrywa się z moimi marzeniami, w dużej mierze z tym, co tłucze mi do łba koleżanka Magdalena, a częściowo wychodzi ponad najśmielsze oczekiwania. A co będzie?

To, o co sama się postaram!



piątek, 25 października 2013

Wczorajszy późny wieczór spędziłam przy kompie. Żadna nowość, wręcz klasyk rzec można. Różnica polegała na tym, że w telewizornii leciał Program o Syrenach i nawet mnie zainteresił. Oglądałam jednoocznie i jednousznie, tłukąc jednocześnie wrogów w lapku i z podziwu wyjść nie mogłam.

O poziomie programu wypowiadać się nie będę, natomiast rozmówcy – mniód, malyna!

Oponenci byli do siebie grzeczni, kulturalni, nie przerywali, nie darli mord, nie obrażali się, nie odwracali kota ogonem.. Zero chamstwa i erystyki.

Pan profesor, czy inny doktor oceanolog - zwolennik teorii Syren, krytycznie spoglądał na filmiki pokazywane jako cudze dowody potwierdzające jego tezy. Bez grama ekstremizmu, czy szaleństwa w oczach dyskutował podając za i przeciw i nie upierając się jak osioł w kapuście, tłumaczył, że on jednak Syrenom mówi TAK…

Pan Rzecznik czegośtam, major Jakiś, przedstawiał zupełnie odmienne stanowisko – znów na spokojnie, grzecznie, z szacunkiem.

Oszzzz … da się znaczy?

Można stać po dwóch stronach barykady, mieć całkowicie odmienne zdanie, wykluczać nawzajem przedstawiane teorie i nie skakać sobie do gardeł?  I nie mówię tylko politycznie, bo sama komisja wybuchających stodół i niestrawna forma podawanych przez nią rewelacji to nie wszystko. Przedwczoraj widziałam panią z fundacji Chrońmy Maluchy, czy coś. Przekupy z bazaru Różyckiego byłyby przy niej wzorem taktu i kultury. Czyli ani politycznie ani społecznie nie dorośliśmy jeszcze do poziomu kulturalnej dysputy...

Więc kiedy ja się pytam? I co więcej! Cholernie zależy mi na odpowiedzi,!



14:25, daria_nowak , zadumki
Link Komentarze (13) »
wtorek, 22 października 2013

W gabinecie, za wielgachnym biurkiem, siedział Najgłówniejszy z Głównych oraz cztery baby - szanowne komisantki, rozlokowane z fantazją – to na kanapie, to na fotelu, to na krześle. Żadna nie wisiała na żyrandolu, być może z braku takowego. Komisantki, z grzecznie skrzyżowanymi nóżkami, całkiem nieprofesjonalnie, za to w pośpiechu, kończyły przełykać czekoladki. Do gabinetu weszła kolejna kandydatka na pracownika.

Różowy żakiet, szpilki do nieba, mocno podkreślona figura bogini i przepiękne włosy. Początek niezły, choć jakby mało profesjonalny. Nic to, dajmy jej szansę!

Koleżanka kandydatka, obrzuciwszy nas starannie wzrokiem, popisała się przenikliwością i usiadła wyraźnie wykręcając się dupą do komisantek i gładkim licem do Najgłówniejszgo (jako komisantka z lewej miałam doskonały widok na rozporek w jej spódnicy)… i zaczęła czarować. Ha ha ha oraz hi hi hi, potrząśnięcie główką, zalotny uśmieszek, poprawienie nóżki. Och jakaż jestem rozkoszna niunia. Bla, bla, bla, chichocik.

Paplała non stop nie mówiąc właściwie nic. Biały szum normalnie. Starałam się wyłapać jakiś sens poza autoreklamowym bełkotem… No bo ona jest taka chętna do pracy, nie ma doświadczenia ale lubi się UCZYĆ i jest taka POJĘTNA i zawsze w szkole jej mówili, że jest bardzo zdolna i ona ZAWSZE chciała u nas pracować, albo gdzieś podobnie. To było jej MARZENIE i KARIERA specjalnie dla niej, bo ona zna PRAWO, się przygotowała i wie, czym my się zajmujemy i ona tez by się chciała TYM zajmować. Potrząśnięcie włoskami, uśmiech, chichocik. Mogłaby tak długo i w kółko, susząc zęby do Najgłówniejszego, gdyby nie to, że po trzeciej nawrotce o marzeniach mieliśmy dość.

Wcięłam się gładko nawiązując do tego nieszczęsnego prawa. Grzeczniutko i pokornie, jak olana komisantka powinna, wręcz z zażenowaniem, zapytałam, czy zna akty prawne na których pracujemy.

Laka odwróciła się, jakby mnie pierwszy raz na oczy widziała, z wyrazem twarzy urażonej łani i mordem w oczach. Na licu malowało się pytanie „Czego kurwa? Kim ty wogle jesteś panna? O co ci c’mmon?” i natychmiast odparowała „TAK”, jakbym ją pytała o to, czy liczyć na palcach do dziesięciu umie. („Tak” było zdecydowane, pewne siebie. „Tak” powinno było mnie wgnieść w fotel, przywalić, poturbować i być może zjeść…) i nie czekając zwróciła buźkę do Najgłówniejszego, celem dalszego się wdzięczenia i opowiadania o MARZENIACH.

Ale ja już byłam w siodle. „A niech mi Pani powie… tytuł jakiegoś przykładowego aktu prawnego? Krótkie omówienie treści?” Twarz różowej królowej zrobiła się jakaś pusta. „Jakiegokolwiek, z dowolnej dziedziny…” Stupor trwał, cisza brzęczała, koleżanki komisjantki mijały się wzrokiem, Najgłówniejszy poczerwieniał na twarzy i gapił się w sufit.

„To może ja” rzekła koleżanka komisantka „Zapytam prościej – jakieś rozporządzenia? Ustawy? Z zakresu naszej pracy Pani zna? Wie Pani czym się tu zajmujemy” „Poza marzeniami” – dodałam złośliwie półgębkiem, co wzbudziło w zwierzchniku duże zainteresowanie obrazem wiszącym nad moim łbem, widywanym przezeń codziennie od 10 lat. Być może odkrył nagle jakiś interesujący szczegół.

Yyyyyyyyyyyyy” powiedziała kandydatka, a koleżanka komisantka gładko zakończyła „To może już podziękujemy”.

Jeśli jednak sądzicie, że to koniec, to jesteście w mylnym błędzie. Kandydatka przekonywała nas jeszcze długo, prosząc o szansę na spełnienie marzeń. W pewnej chwili miałam wrażenie, że wszyscy umrzemy ze starości, budynek obróci się w niwecz, przyjdzie nowa era lodowcowa, a kandydatka będzie nawijać.

W końcu wyszła, choć dopiero po tym, jak zmęczony Najgłówniejszy z Głównych, nie mając już siły na zachowywanie pozorów, rzekł z mocą „Dziecko, jesteś ładną, młodą kobietą, ale do tej pracy to Ty się nie nadajesz”, a szanowna komisja podniosła się z siedzisk celem wywarcia presji psychicznej...

Ciekawe czemu nie lubię rozmów z kandydatami do pracy?

niedziela, 20 października 2013

P.S na wstępie: Dawno mnie tu nie było, się pozmieniało. Jak odwrócić te cholerne obrazki???

Już dawno chciałam Wam to pokazać.

Jedna ulica, dwa domy. Mijam je czasem, nie za często, bo trasa trochę ni w pięć ni w jedenaście. Ale gdy już jestem nie umiem się powstrzymać i wymyślam historie.

Rezydencję mam trochę w nosie. Ani mi się nie podoba, ani nie inspiruje. Jest zwykłą kapiącą przepychem przeciwwagą do chatki.

Natomiast chatka… Jest niesamowita. Jeszcze kilka lat temu mieszkali tu ludzie, bo zdarzało mi się widzieć odblask światła w oknach. W jakich warunkach żyli – chyba wolę nie wiedzieć…

Obok chatki - bloki deweloperskie, nie wierzę, że nie chciano wykupić domku wraz z terenem. Zmieściłaby się jeszcze jedna klatka, stado mieszkań, po 10 000 za metr2. Opłacało się. Dlaczego więc wciąż jest, choć jakby coraz mniej, jak duch domu?

Może mieszkali w niej starzy ludzie, którzy nie chcieli niczego zmieniać? Nie godzili się na powszechną komercję, negowali postęp, zmiany, upływ czasu? Chcieli mieć swój kawałek podłogi, po przodkach? Swoją nienaruszoną ojcowiznę? Babcia chciała gotować na kuchni węglowej, na smalcu, jak zawsze, dziadek – palić w piecach i wymiatać popiół. Chcieli co rano wychodzić przed domeczek, jak przez całe życie. I tylko okolica się zmieniała. Ale coraz słabsze oczy lepiej widziały widoki z przeszłości, przebitki z czasów, gdy pamięć nie szwankowała, a słuch dopisywał. Żyli tu tak jak chcieli, z malutkich emerytur. Mieli psa i koty na przychodne.

A może nie mieli już siły na te wszystkie formalności? Notariuszy, pełnomocników? Bali się zostać z niczym, bez swojej kotwicy w tu i teraz? Może nie mieli nikogo do pomocy? Dzieci poszły w świat, daleko. Zapomniały, miały inne priorytety. Nie było komu zorganizować, przekonać, stworzyć nowego życia?

A może spadkobiercy, już za życia mieszkańców, żarli się o każdy grosz, aż deweloper zrezygnował?

Nie wiem. Ale za każdym razem się zastanawiam.



23:38, daria_nowak , zadumki
Link Komentarze (29) »
 
1 , 2