Zakładki:
. GANG PACZĄCYCH CZAROWNIC
. GANG SYNOWYCH
0. Moje szablony
1. Zawsze:)
2. Na dobry dzień
3. Deser
4. Koty i psy
5. Tematyczne
6. Inne

Drukuj!

forum o css
czwartek, 07 listopada 2013

Jako pomiot szatana długo milczałam. Co więcej omijałam wzrokiem i uchem medialnie nagłaśniane wypowiedzi różnych abepów, księży-profesorów i tym podobnych tuz, albowiem gdyż ponieważ, po co mam się wkurwiać.

Tym razem jednak nie zmilczę i się nie znam, więc się wypowiem. W obronie…

Krzywa to trochę obrona, bo me feministyczne serce się rwie do linczu za nieletnich – dziesięcioletnich wpełzających na kolana i do łóżek niektórym kapłanom, jak również za nieletnich orgiastycznie wielbiących seks oralny ze starszymi podtatusiałymi panami. Ale nie takie rzeczy widziałam na pornostronach. Tyle, że ja o czym innym chciałam, ja chciałam ogólniej.

Do policji idą duzi chłopcy, którzy lubią przemoc (no dobra, akurat nie ci, którzy ostatnio nie dali sobie rady z zatrzymaniem jednego pana. Z tym że tam była i dziewczynka – więc może o to cho? Przy czym, dla jasności, ja bym go zatrzymała, ale oskarżono by mnie o brutalność i nadużywanie siły…); do wojska idą duzi chłopcy, którzy lubią się bawić czołgami i pistoletami; na medycynę idą duzi chłopcy, którzy lubią się bawić w lekarza;), więc pewnie – statystycznie wśród wyświęcanych potencjalnie może być więcej gejów, pedofilów i nieprzystosowanych do rzeczywistości – bo ten rodzaj pracy przyciąga konkretny typ ludzi. Można dywagować, ale to nic nie wnosi, bo w ramach dywagacji straszne głupoty pieprzyć można i nikt nam nic za to nie zrobi.

Zatem przejdźmy do obrony. Za co ten nagły lincz kościoła, który wszak – w końcu (!) zaczyna przybierać ludzką twarz, schodzi z piedestału niedostępności i o pewnych kwestiach mówi otwarcie?

Czy dziś katolicy, niekatolicy i wszyscy inni nie powinni się cieszyć, jak pisklaki w wylęgarniach, że wreszcie coś się zmienia? Nowy papież przyniósł powiew świeżości, normalnie lepiej niż Air Wick! Sprawy nie są zamiatane pod dywan, instrukcje z góry są jasne i czytelne w przekazie – nowa twarz kościoła – kościół wreszcie dla wiernych! A wierni, jak te dupy niedoceniają?

Fakt, nasi hierarchowie jeszcze sobie nie dają z tym rady, jeszcze nie potrafią posypać łba popiołem, ciężko im zaistnieć medialnie w sposób oczekiwany przez władze zwierzchnie. Ale z drugiej strony … Tu mała dygresja. Jako uczennica piątkowa (w podstawówce, ale to też się liczy!), zawsze przezywałam katusze na godzinach wychowawczych, na których, jako klasa zbieraliśmy opierdol. Bo wagary, bo lufy, bo mamy nauczycieli w kresce. Grzeczna wtedy byłam do obrzydliwości, więc żaden z zarzutów mnie nie dotyczył. A ja siedziałam spłoniona jak dziewica, z głębokim poczuciem winy i wrażeniem, że zawiodłam. Aż rodził się bunt! Głęboki i wszechogarniający bunt – że przecież nie ja!

Ciekawam teraz bardzo, czy może podobne odczucia tyczą się naszych hierarchów? Może chcą, jak ja wtedy, krzyknąć „ale ja nie!”? i może lepiej gdyby tak krzyczeli, miast popisywać się elokwencją i znajdywaniem absurdalnych usprawiedliwień?

Abstrahując jednak od trudności jakie nasz zatwardziały w swych wizjach religijności kościół przeżywa za papieża Franciszka, pomijając całkowity brak umiejętności budowania klarownych i jednoznacznych wypowiedzi (co uznaję za niepokojące u ludzi, jakby nie było żyjących z głoszenia słowa)– uważam, że należy się cieszyć, miast linczować. Radować głośno, otwarcie wspierając swoich kapłanów w tej nowej, pewnie dla niektórych z nich - zaskakującej, drodze życia…

14:12, daria_nowak , zadumki
Link Komentarze (26) »
niedziela, 03 listopada 2013

Siedziałam w nocy, męczona zapaleniem zatok i zamiast spać użalałam się nad sobą grając w kulki. Telewizor grał sobie w tle, całkiem niezobowiązująco „33 sceny z życia”. Nie powiem, nie od razu się zainteresowałam, chwilę potrwało zanim wciągnęłam się na tyle, by całkiem zapomnieć o kroplach do nosa, chusteczkach oraz olejku sosnowym. Ale gdy już się wciągnęłam to na dobre. Bardzo polecam.

Film jest … „suchy”. Robi niezwykłe wrażenie oglądania cudzego życia, z pewnego dystansu, na zimno, przez szkiełko. Zero sentymentalizmu, zero egzaltacji. Siedź i patrz. Obraz życia rodziny, w obliczu śmierci jednego z jej członków jest żywy, zmienny, straszny, dziwny i niezwykle prawdziwy. Brakuje w nim motywów do których jesteśmy przyzwyczajeni przy tak wzniosłych tematach –filozoficznych przemyśleń, nadmuchania emocjami, wielkich słów i przesłodzonych gestów. Widzimy co dzieje się w rodzinie dotkniętej tragedią, a nie co POWINNO się dziać. Przekaz nie jest złagodzony, owinięty w różowy papier z kokardką. Trochę to przerażające, ale jednocześnie niezwykle autentyczne. Nie oszukujmy się, większość filmów o śmierci sprawia wrażenie, jakby kostucha miała blond pukle do pasa i nosiła różową sukienkę z falbankami. Tu nie. Warto zobaczyć.

Drugi film był kontrastowy. „Amerykańskie ciacho”(oryg. „Spread”) z Ashtonem Kutcherem.

Z założenia film zawiera przesłania - „lepiej biednie, ale szczęśliwie” oraz „kto mieczem wojuje ten od miecza ginie” Fascynujące. Prawdy tak oczywiste dla większości, że nie rozumiem po co się męczyć przez półtorej godziny w celu ich udowodnienia? Poza przesłaniami zasadniczymi są jeszcze poboczne, takie jak: życie żigolaka jest nudne, przewidywalne i puste; ładne ciuchy są ładne; ładni mężczyźni nie muszą być mądrzy, żeby wchodzić w płytkie relacje; ciało może być towarem; fajnie mieć dużą willę, Merca i złotą kartę VISA; kobiety lubią seks; kobiety bardzo lubią dobry seks z ładnymi chłopcami; i tak dalej… Tak naprawdę opowieść ma potencjał. Mogła być cierpka i błyskotliwa. Jest płytka i plastikowa. Hollywoodzka do wyrzygu. Szkoda.

Na odtrutkę zastosowałam „Salę samobójców”, mimo, że mi ją odradzano.

Spostrzeżeń ma kilka. Po pierwsze rośnie nam świetny aktor – Kuba Gierszał. Ma potencjał, ma talent, ma to coś, co przykuwa uwagę widza. Chcę go oglądać. Po drugie – irytuje mnie Roma Gąsiorowska. Zniosłam ją w Pit Bullu (w wersji serialowej), więcej już nie chcę.

Po trzecie – to chyba najlepszy film, jaki widziałam od dawna. Obraz poruszył mnie jako całość. Powściągliwa gra aktorska, wszystkich, poza Jakubem Gierszałem, który niekiedy, w swojej ekspresji ociera się o groteskę. Rewelacyjna muzyka. Doskonałe zdjęcia. Połączenie z animacją komputerową – jako fascynujące dopełnienie przekazu (choć trochę irytował mnie mangowy styl).

Pewną schematyczność traktuję raczej jako zabieg pozwalający na stworzenie opowieści uniwersalnej. O braku więzi, o uzależnieniu od Internetu, o mało istotnych wydarzeniach, które mogą zmienić bieg życia, o ludziach silnych i słabych, mądrych i głupich, wrażliwych i zimnych. I o tym jak to wszystko się ze sobą przeplata. Film można interpretować wielopłaszczyznowo – jednak raczej szeroko. Historia dorastania, życia i śmierci w czasach bez sentymentów, w czasach samotności i wyobcowania, tak nie sprzyjających ludziom wrażliwym. To nie tylko opowieść o dezercji w wirtual, a później w śmierć. To przede wszystkim opowieść o tym, że czasem emocje biorą górę i nie łatwo sobie z nimi radzić. Opowieść o manipulacji, o tym, że uciekamy, ale wciąż brak nam jednego. Więzi, ludzi, poczucia wspólnoty, kontaktu i zrozumienia. Że szukamy wszędzie. Historia dla pokolenia, które nie wyobraża sobie dnia bez dostępu do sieci.

Wszystkie trzy filmy „bolą”. Każdy inaczej. Od „Spread” bolą zęby. Od dwóch pozostałych – dusza.



01:00, daria_nowak , zadumki
Link Komentarze (31) »
wtorek, 29 października 2013

Ledwie wróciłam do dom i runęłam sprzątać Guciowe szczochy (zdrowieje, ale jeszcze leje), gdy rozdzwonił się telefon. Tiutiu tiu, tiutiu tiu…

- Witam Panią, nazywam się Romualda Piździubździńska i chciałbym Panią zaprosić na spotkanie… - rozpędzony głosik zaszczebiotał mi prosto w korę mózgową.

- Nie dziękuję, nie jestem zainteresowana.

- Ale preszę pani, tu chodzi o pani zdrowie, gdyż…

- Mimo wszystko, dziękuję!

Odłożyłam słuchawkę i wróciłam do szczochów. Tiutiu tiu, tiutiu tiu…

- Dzień dobry Pani! Nazywam się Euzebiusz Karakułowacki i pragnę uprzedzić, że nasza rozmowa jest nagrywana! … - tym razem głos entuzjastyczno - konfidencjonalny, jakby rzeczony Euzebiusz chciał się ze mną podzielić świeżutko ukradzionym milionem złotych.

- Cieszę się, niemniej jednak nie skorzystam z Pańskiej oferty.

- Ale proszę Pani! Pani jeszcze nie wie…

- Dziękuję.

Sru słuchawkę. Dobra, gdzie odłożyłam papierowe ręczniki? Tiutiu tiu, tiutiu tiu…

- Witam! Mam dla Pani wspaniałą ofertę. – Ton znudzony, zero emocji.

- Żegnam.

Jeb telefonem. Wracamy do pachnącej plamy.

Tiutiu tiu, tiutiu tiu…

- Reprezentuje firmę…

- Wspaniale, żegnam.

Tiutiu tiu, tiutiu tiu…

Odłączyłam telefon.

Takie są skutki wyrażania zgody na przetwarzanie danych osobowych udostępnianych przez poprzednią posiadaczkę MOJEGO NUMERU TELEFONU!!! Gdybym ją kiedyś dorwała – zabiję w sposób okrutny i spektakularny. I zacznę od odrąbywania członków toporem! Tępym toporem! Po kawałeczku!



niedziela, 27 października 2013

Ostatnio o wróżkowaniu pisałam lata temu. Wówczas, faktycznie, jeden taki obiecał mi tyle, ile nikt nie byłby w stanie mi dać i się uspokoiłam. Aż do zeszłego miesiąca jakoś… Wszystko przez podstawówkowe spotkanie po latach. Mówiłam już, że baby w hurcie to zuo? A pijane baby to czarna msza normalnie?

Siedziałyśmy w pięć w The Mexican, gadałyśmy o bzdurach, popijałyśmy różowe trunki i jedna z nas wyskoczyła z opowieścią o wróżce. Otóż była, naładowała się energetycznie, uchachała po pachy i jest przeszczęśliwa, bo jej to dobrze na dekiel zrobiło. Zdążyłam pomyśleć, że ja też chcę i kurna(!) czemu ja o tym nie pomyślałam wcześniej (!), kiedy największa imprezowiczka z nas wszystkich (a reszta też nie od macochy) gromko stwierdziła, że jako katoliczka potępia takie praktyki, albowiem to znak Szatana.

Zatkało nas.

Jasne, jako katoliczka, wręcz powinna w sumie… Tyle, że… Nie powiem jak się przez lata bawiłyśmy, co wyprawiałyśmy, w jakich okolicznościach się wzajemnie ratowałyśmy, albowiem nawet ja mam jakieś granice wstydu. O niektórych rzeczach wolałabym zapomnieć, inne (w ocenzurowanej wersji) opowiem wnukom, a jeszcze inne budzą mnie, zlaną zimnym potem, w okolicach 3 w nocy, mimo upływu lat. Poza tym zgrzeczniałam, więc spuśćmy na to zasłonę milczenia. Ona natomiast nie zgrzeczniała i dalej świat jest dla niej jak ostryga.

Tym bardziej się zszokowałam wywodem o tym, jak to Szatan wyziera z czeluści poprzez takie „Wiedzące” i wikła nas w swoje ciemne sprawki, kierując nami podług swojej woli. Chyba wiara zaznaczona w tak konkretny sposób z lekka mnie przeraża. Póki jest abstrakcyjna – bardzo szanuję, gdy ktoś zaczyna mi opowiadać o Szatanie, upadłych aniołach i demonach jako o jednostkach na co dzień tuptających po naszych kuchniach i przedpokojach… cóż, czuję pewien dyskomfort…

W efekcie, wysłuchawszy bez wtrącania się, albowiem jako jednostka niewierząca uznałam, że nie powinnam się mądrzyć przesadnie, ugruntowałam w sobie potrzebę potkania z wróżką. Bo tak!

I poszłam, a co! Szanowna Wróżka okazała się być fajną dziewczyną w moim wieku, która zamiast dzień dobry podała mi kilka faktów, dat i imion, trafiając idealnie. Przy czym - nie dała mi się odezwać ani słowem. Mogłam ewentualnie coś spuentować, jeśli ona daną kwestie omówiła już do końca, albo podtrzymując szczękę kiwać głową pomrukując „mhm, mhm”.

Czy się sprawdzi to, co mi powiedziała? To kwestia zdecydowanie wtórna. Byłoby miło, nawet bardzo, bardzo miło, ale jeśli nie – przeżyję. Wizja, jaką przede mną roztoczyła częściowo pokrywa się z moimi marzeniami, w dużej mierze z tym, co tłucze mi do łba koleżanka Magdalena, a częściowo wychodzi ponad najśmielsze oczekiwania. A co będzie?

To, o co sama się postaram!



piątek, 25 października 2013

Wczorajszy późny wieczór spędziłam przy kompie. Żadna nowość, wręcz klasyk rzec można. Różnica polegała na tym, że w telewizornii leciał Program o Syrenach i nawet mnie zainteresił. Oglądałam jednoocznie i jednousznie, tłukąc jednocześnie wrogów w lapku i z podziwu wyjść nie mogłam.

O poziomie programu wypowiadać się nie będę, natomiast rozmówcy – mniód, malyna!

Oponenci byli do siebie grzeczni, kulturalni, nie przerywali, nie darli mord, nie obrażali się, nie odwracali kota ogonem.. Zero chamstwa i erystyki.

Pan profesor, czy inny doktor oceanolog - zwolennik teorii Syren, krytycznie spoglądał na filmiki pokazywane jako cudze dowody potwierdzające jego tezy. Bez grama ekstremizmu, czy szaleństwa w oczach dyskutował podając za i przeciw i nie upierając się jak osioł w kapuście, tłumaczył, że on jednak Syrenom mówi TAK…

Pan Rzecznik czegośtam, major Jakiś, przedstawiał zupełnie odmienne stanowisko – znów na spokojnie, grzecznie, z szacunkiem.

Oszzzz … da się znaczy?

Można stać po dwóch stronach barykady, mieć całkowicie odmienne zdanie, wykluczać nawzajem przedstawiane teorie i nie skakać sobie do gardeł?  I nie mówię tylko politycznie, bo sama komisja wybuchających stodół i niestrawna forma podawanych przez nią rewelacji to nie wszystko. Przedwczoraj widziałam panią z fundacji Chrońmy Maluchy, czy coś. Przekupy z bazaru Różyckiego byłyby przy niej wzorem taktu i kultury. Czyli ani politycznie ani społecznie nie dorośliśmy jeszcze do poziomu kulturalnej dysputy...

Więc kiedy ja się pytam? I co więcej! Cholernie zależy mi na odpowiedzi,!



14:25, daria_nowak , zadumki
Link Komentarze (13) »