Zakładki:
. GANG PACZĄCYCH CZAROWNIC
. GANG SYNOWYCH
0. Moje szablony
1. Zawsze:)
2. Na dobry dzień
3. Deser
4. Koty i psy
5. Tematyczne
6. Inne

Drukuj!

forum o css
wtorek, 22 października 2013

W gabinecie, za wielgachnym biurkiem, siedział Najgłówniejszy z Głównych oraz cztery baby - szanowne komisantki, rozlokowane z fantazją – to na kanapie, to na fotelu, to na krześle. Żadna nie wisiała na żyrandolu, być może z braku takowego. Komisantki, z grzecznie skrzyżowanymi nóżkami, całkiem nieprofesjonalnie, za to w pośpiechu, kończyły przełykać czekoladki. Do gabinetu weszła kolejna kandydatka na pracownika.

Różowy żakiet, szpilki do nieba, mocno podkreślona figura bogini i przepiękne włosy. Początek niezły, choć jakby mało profesjonalny. Nic to, dajmy jej szansę!

Koleżanka kandydatka, obrzuciwszy nas starannie wzrokiem, popisała się przenikliwością i usiadła wyraźnie wykręcając się dupą do komisantek i gładkim licem do Najgłówniejszgo (jako komisantka z lewej miałam doskonały widok na rozporek w jej spódnicy)… i zaczęła czarować. Ha ha ha oraz hi hi hi, potrząśnięcie główką, zalotny uśmieszek, poprawienie nóżki. Och jakaż jestem rozkoszna niunia. Bla, bla, bla, chichocik.

Paplała non stop nie mówiąc właściwie nic. Biały szum normalnie. Starałam się wyłapać jakiś sens poza autoreklamowym bełkotem… No bo ona jest taka chętna do pracy, nie ma doświadczenia ale lubi się UCZYĆ i jest taka POJĘTNA i zawsze w szkole jej mówili, że jest bardzo zdolna i ona ZAWSZE chciała u nas pracować, albo gdzieś podobnie. To było jej MARZENIE i KARIERA specjalnie dla niej, bo ona zna PRAWO, się przygotowała i wie, czym my się zajmujemy i ona tez by się chciała TYM zajmować. Potrząśnięcie włoskami, uśmiech, chichocik. Mogłaby tak długo i w kółko, susząc zęby do Najgłówniejszego, gdyby nie to, że po trzeciej nawrotce o marzeniach mieliśmy dość.

Wcięłam się gładko nawiązując do tego nieszczęsnego prawa. Grzeczniutko i pokornie, jak olana komisantka powinna, wręcz z zażenowaniem, zapytałam, czy zna akty prawne na których pracujemy.

Laka odwróciła się, jakby mnie pierwszy raz na oczy widziała, z wyrazem twarzy urażonej łani i mordem w oczach. Na licu malowało się pytanie „Czego kurwa? Kim ty wogle jesteś panna? O co ci c’mmon?” i natychmiast odparowała „TAK”, jakbym ją pytała o to, czy liczyć na palcach do dziesięciu umie. („Tak” było zdecydowane, pewne siebie. „Tak” powinno było mnie wgnieść w fotel, przywalić, poturbować i być może zjeść…) i nie czekając zwróciła buźkę do Najgłówniejszego, celem dalszego się wdzięczenia i opowiadania o MARZENIACH.

Ale ja już byłam w siodle. „A niech mi Pani powie… tytuł jakiegoś przykładowego aktu prawnego? Krótkie omówienie treści?” Twarz różowej królowej zrobiła się jakaś pusta. „Jakiegokolwiek, z dowolnej dziedziny…” Stupor trwał, cisza brzęczała, koleżanki komisjantki mijały się wzrokiem, Najgłówniejszy poczerwieniał na twarzy i gapił się w sufit.

„To może ja” rzekła koleżanka komisantka „Zapytam prościej – jakieś rozporządzenia? Ustawy? Z zakresu naszej pracy Pani zna? Wie Pani czym się tu zajmujemy” „Poza marzeniami” – dodałam złośliwie półgębkiem, co wzbudziło w zwierzchniku duże zainteresowanie obrazem wiszącym nad moim łbem, widywanym przezeń codziennie od 10 lat. Być może odkrył nagle jakiś interesujący szczegół.

Yyyyyyyyyyyyy” powiedziała kandydatka, a koleżanka komisantka gładko zakończyła „To może już podziękujemy”.

Jeśli jednak sądzicie, że to koniec, to jesteście w mylnym błędzie. Kandydatka przekonywała nas jeszcze długo, prosząc o szansę na spełnienie marzeń. W pewnej chwili miałam wrażenie, że wszyscy umrzemy ze starości, budynek obróci się w niwecz, przyjdzie nowa era lodowcowa, a kandydatka będzie nawijać.

W końcu wyszła, choć dopiero po tym, jak zmęczony Najgłówniejszy z Głównych, nie mając już siły na zachowywanie pozorów, rzekł z mocą „Dziecko, jesteś ładną, młodą kobietą, ale do tej pracy to Ty się nie nadajesz”, a szanowna komisja podniosła się z siedzisk celem wywarcia presji psychicznej...

Ciekawe czemu nie lubię rozmów z kandydatami do pracy?

niedziela, 20 października 2013

P.S na wstępie: Dawno mnie tu nie było, się pozmieniało. Jak odwrócić te cholerne obrazki???

Już dawno chciałam Wam to pokazać.

Jedna ulica, dwa domy. Mijam je czasem, nie za często, bo trasa trochę ni w pięć ni w jedenaście. Ale gdy już jestem nie umiem się powstrzymać i wymyślam historie.

Rezydencję mam trochę w nosie. Ani mi się nie podoba, ani nie inspiruje. Jest zwykłą kapiącą przepychem przeciwwagą do chatki.

Natomiast chatka… Jest niesamowita. Jeszcze kilka lat temu mieszkali tu ludzie, bo zdarzało mi się widzieć odblask światła w oknach. W jakich warunkach żyli – chyba wolę nie wiedzieć…

Obok chatki - bloki deweloperskie, nie wierzę, że nie chciano wykupić domku wraz z terenem. Zmieściłaby się jeszcze jedna klatka, stado mieszkań, po 10 000 za metr2. Opłacało się. Dlaczego więc wciąż jest, choć jakby coraz mniej, jak duch domu?

Może mieszkali w niej starzy ludzie, którzy nie chcieli niczego zmieniać? Nie godzili się na powszechną komercję, negowali postęp, zmiany, upływ czasu? Chcieli mieć swój kawałek podłogi, po przodkach? Swoją nienaruszoną ojcowiznę? Babcia chciała gotować na kuchni węglowej, na smalcu, jak zawsze, dziadek – palić w piecach i wymiatać popiół. Chcieli co rano wychodzić przed domeczek, jak przez całe życie. I tylko okolica się zmieniała. Ale coraz słabsze oczy lepiej widziały widoki z przeszłości, przebitki z czasów, gdy pamięć nie szwankowała, a słuch dopisywał. Żyli tu tak jak chcieli, z malutkich emerytur. Mieli psa i koty na przychodne.

A może nie mieli już siły na te wszystkie formalności? Notariuszy, pełnomocników? Bali się zostać z niczym, bez swojej kotwicy w tu i teraz? Może nie mieli nikogo do pomocy? Dzieci poszły w świat, daleko. Zapomniały, miały inne priorytety. Nie było komu zorganizować, przekonać, stworzyć nowego życia?

A może spadkobiercy, już za życia mieszkańców, żarli się o każdy grosz, aż deweloper zrezygnował?

Nie wiem. Ale za każdym razem się zastanawiam.



23:38, daria_nowak , zadumki
Link Komentarze (29) »
środa, 16 października 2013

Poprzednio napisałam, tym razem skuszona przez Berbrysa też sobie pozwolę. W końcu wszystko zaczęło się na bloxie:)

Bezpośrednio natomiast zaczęło się od wkurwu – klasyka; totalnego wyciszenia –nowość; zmiany charakteru in plus (!!! WRESZCIE!!!) oraz decyzji, że będę świadomie lepszym człowiekiem. Cieplejszym, empatycznym, ale i bardziej zdrowoegoistycznym. Dużo odpuszczę, mniej przyjmę do siebie, zrozumiem, ustalę granice, przestanę grać na cudzych emocjach, oduczę się manipulacji. Taka matka, żona i kochanka w jednym. Decyzja trudna nie była, samo mi to jakoś wychodzi na bieżąco, choć bez chłopa i dzieci. I to wszystko stało u podstaw radosnego udziału w …

II ZLOCIE CZAROWNIC w Białych. Konkretnie: Stokach i Wieżach.

Co się polepszy, to się popieprzy, więc urlopu w planowanym wymiarze nie dostałam. Rozpustnie chciałam czwartek - poniedziałek i niestety spotkam się z murem oporowym. Otóż czwartek nie. Trudno. Zen.

Do B-stoku dojechałam pociągiem. Nienawidzę tego, ale byłam kwiatem lotosu. W końcu- piękne widoki, mili ludzie, co się irytować, że Centralny śmierdzi? Niezirytowana dojechałam więc do uroczego hoteliku, zostawiłam bambetle i udałam się imprezować do Berberysa, u której gościła już Oksydek, a Iza z Maćkiem mieli dobić z czasem.

Imprezowaliśmy ofiarnie za pomocą piwa Żubr, wyboru win oraz sterty wspaniałego żarcia w oczekiwaniu na niemiecką część wycieczki. Z upływem czasu wzrastało nam oddanie, promile we krwi i miłość do bliźniego. Chcąc stadnie zrobić przyjemność obcokrajowcom, Koleżanka Kierowniczka Wycieczki Berberys uknuła plan. Zakładał on, że jako światowe ludzie, zadzwonimy z pytaniem gdzie oni są, w oryginale, że tak powiem, w języku Goethego i Willyego Brandta :P

Jako stała słuchaczka Rammsteina „Wo bist du” znam doskonale. Poparta, że faktycznie, że nie zmyślam, nie wkręcam i nie bredzę - przez kolegę Maćka, przekonałam Koleżankę Kierowniczkę Wycieczki, która gromkim głosem zakrzyknęła do słuchawki „Wo bist du Marga?” i spotkała się z całkowitym niezrozumieniem oraz odpowiedzią „Co Ty pierdolisz?”. Tak, wtedy zyskałyśmy pewność, że mimo wypitych litrów, dodzwoniłyśmy się dobrze:)

Dalej było jeszcze lepiej. Niemcy dojechali, lekko zaskoczeni wylewnością naszych uczuć szybko napełnili kielichy i gonili nas z zaangażowaniem.

Następnego dnia KKW zapakowała nas do busa, mimo, że jej się rozłaziliśmy po kątach (ja z Oksydkiem do sklepu z ciuchami, Marga z Andreasem do banku i sklepu i wszędzie w ogóle) i pojechaliśmy do Hotelu Żubrówka.

No ja Was proszę, ależ luksusy. Po moich lasach, późnym Gierku i ochlaju z miejscowymi Wilgaczami poczułam się jak w Mediolanie:) Spa, basen, kelner znający skład potraw, szlafroki w szafie i mydło Dove w zestawie…

W knajpie skompromitować się nie zdążyliśmy. No może ja z Margą, bo delikatne damy zażyczyły sobie każda - Patelnię Drwala i co więcej – pożarłyśmy wszystko ze smakiem… Za to wycieczka bryczką była już pełna wrażeń, głównie dla woźnicy, albowiem bredziłyśmy na zmianę. A to o koniach podkuwanych raz na całe życie (Oksyd), a to o stanie cywilnym oraz liczbie przychówku przystojnego wozaka (Berberys), a to o biegach przełajowych w kierunku ścisłego rezerwatu, zapachach wydawanych tylną częścią konia oraz porwaniem przez nieznane plemię ludności rdzennej…(chyba stadnie). Misiek Margi chociaż nas nie rozumiał, ale jak to zniósł Misiek Oksydka i woźnica – pozostanie dla mnie tajemnicą…

Następna kompromitacja nastąpiła w Carskim Buduarze. Kto zna hit Piersi – Bałkanica wie w czym rzecz. I przyznaję się TAŃCZYŁAM, ma to na zdjęciach, a zdjęcia głęboko ukryte…

Kolejny dzień był znów mieszanką obżarstwa, zwiedzania BPN, gadania głupot oraz plątania się pod nogami. Za plus należy uznać, że tym razem nie mądrzyłyśmy się tak strasznie, dając pole do popisu Panom, w związku z czym bardzo dużo dowiedziałam się o konstrukcji niemieckich lokomotyw z XIX wieku. Może niekoniecznie sama treść wywodu, jakby nie było - ciekawa, mnie porywała, ale fakt, że wszystko rozumiem po angielsku, w temacie, całkowicie mi obcym, przyprawiał mnie o orgazmiczne dreszcze. Zaznaczam – nie krzyczałam:P

Kolejnym gwoździem programu były Żubry, których domagałam się od dawna gromkim głosem, nie zważając na nieśmiałe przebąkiwania Andreasa, że kręgosłup go rypie, Margi, że Żubry wszędzie takie same i se mogę w na wyspie Wolin obejrzeć, ani Oksydków, że widzieli je już kilka razy. Na korzyść Oksydków i Berberysa przemawia fakt, że choć widzieli, to nie mieli nic przeciwko kolejnej wizycie. Ogłuchłam, zamilkłam i parłam do zwierzątek. Ja chcę i już! No tu mi akurat delikatność charakteru czasowo zanikła, przyznaję…

I wiedziałam po co mi to! Żubry są boskie! Majestatyczne, spokojne, ale widać, że mają diabła za skórą. Niby stoi taki stoik i żuje trawę, ale wiesz, że jak mu się odwidzi, jak pójdzie w długą, to nie ma granic ni kordonów! Piękne! Mogłabym się na nie gapić godzinami czekając na ten błysk w żubrzym oku…

Oczywiście dnia następnego była i Baristacja, zwana przeze mnie uparcie Bistracją, czego się już chyba nie oduczę, był i B-stok i radosny 4-godzinny powrót do domu w korkach… Ale dla mnie wciąż były Żubry, lasy, najpiękniejsze kolory świata, snujące się mgły, zapach liści, szum wiatru. Zostałam w tej puszczy całą sobą.

I chyba, w jakimś sensie, wciąż tam jestem, bo gdy zamykam oczy widzę n-setletnie dęby, chatynki jak z bajki, chmury goniące po niebie stada ptaków, słyszę stukot końskich kopyt, a w ustach czuję smak wiatru.

P.S.

Po raz kolejny stwierdzam, że dziewczyny są boskie. Zupełnie inne, niż na bloxie, a jednocześnie dokładnie takie same... A ich Miśki? Ich Miśki, to już zupełnie inna, równie fajna historia:)

środa, 10 kwietnia 2013

... dzis sa Darii urodziny :)))

czwartek, 18 października 2012

Chyba zbyt wiele czasu spędzam z ludźmi żyjącymi w pędzie. Pośpiech skontrowany wypadami na wiochę wydaje mi się tym bardziej nieludzki, męczący i nienaturalny.

Warszawskie ulice są jak drogi szybkiego ruchu. Nikt na nikogo nie patrzy, nie zauważa wiele poza czubkami butów, numerem nadjeżdżającego autobusu, wskazówkami zegarka, na który wciąż się łypie. Rano – wyścig do pracy, popołudniu wyścig do domu, bo już 17, a tyle do zrobienia. Psy do wysikania, dzieci do wychowywania, zakupy do zrobienia, wiadomości do obejrzenia, a tu korek, tłok w metrze, spóźniony autobus, podniesione głosy. Bombardowani tysiącem informacji, setką reklam, hałasem, zaczynamy obojętnieć. Mózg nie przetwarza nawału informacji, woli się przełączyć na tryb stand by. Kontrast pomiędzy cichą drogą, dwoma sklepami we wsi, PKSem pięć razy na dobę – jest niezwykły. Można posłuchać ciszy i nieszkodliwych ploteczek. Można żyć we własnym tempie, bez poganiaczy, wyścigu, walki o miejsce, o pracę, o ważność.

Czasem myślę, że gdybym urodziła się na wsi nie zniosłabym Warszawy. Czasem myślę, że kiedyś stąd ucieknę.

Wiem, ani wieś, ani miasto nie są idealne. Ale dziś wydaje mi się, że wszystko jest lepsze od ciągłych gierek, presji, niecierpliwości i pogoni.

Chciałabym –mieć czas na hodowanie malw i groszku pachnącego, na grabienie ścieżek i przyglądanie się dojrzewającym jabłkom. Chciałabym mieć czas wałkować ciasto i pogadać przez płot z sąsiadką.

Im więcej muszę na już, na wczoraj, na natychmiast, im więcej ludzi usiłuje coś na mnie wymusić podniesionym głosem, agresywną mową ciała - tym dokładniej widzę, że trawa jest zieleńsza po drugiej stronie.



10:12, daria_nowak
Link Komentarze (71) »