Zakładki:
. GANG PACZĄCYCH CZAROWNIC
. GANG SYNOWYCH
0. Moje szablony
1. Zawsze:)
2. Na dobry dzień
3. Deser
4. Koty i psy
5. Tematyczne
6. Inne

Drukuj!

forum o css
wtorek, 21 sierpnia 2012

DINOZAURByłam zawsze dumna z jakości polskiej edukacji. Jasne, utyskiwałam i pyskowałam, bo inaczej nie byłabym sobą. Ale uważałam, że mimo wszystko uczymy się i to nie tylko jak szukać wiadomości w Internecie (już nie w innych źródłach, oj nie), ale również wtłacza się nam do łbów pewien zakres wiedzy podstawowej. Tak, pamięciowej i nie przyjmuję do wiadomości, że wiedza pamięciowa jest be. Jest równie cacy jak nauka myślenia, bo jednak, żeby rozumować i wyciągać wnioski podstawowe informacje trzeba mieć.

Dodatkowo sądziłam, że dostępność netu, telewizji wszelakich, gazet, czy książek, ułatwia nam rozumienie świata, choćby przez łatwość zdobywania bieżących informacji– w końcu korzysta się nawet mimochodem. Otóż nie. Trzeba jeszcze chcieć.

Fundacja BBVA zleciła sondaż, który przeprowadzono w USA i 10 krajach europejskich, w tym w Polsce. Zadano 22 pytania i… wypadliśmy słabo. To znaczy sukces jest. Więcej byków popełniali Włosi i Hiszpanie, czyli ktoś tam za nami się jeszcze dynda.

Żeby nie być gołosłowną i się nie wywyższać bezpodstawnie – test wykonałam, co również możecie uczynić TU. Mam jedno ale. Nienawidzę testów tego typu. I nie chodzi mi o podchwytliwość (haha) pytań ale raczej o ich konstrukcję. Nie jestem pokoleniem uczonym „do testów”, więc podeszłam nieufnie. Wyników nie podaję, choć zaczęłam od testu, a nie od artykułu, ale ok., może być zafałszowany. Jednej rzeczy nie wiedziałam całkiem, przyznaję się lojalnie i do obrzydliwości uczciwie.

Ale i tak mi jakoś głupio – tak całościowo... chyba za tych, których przodkowie zajadali się bezgennymi ;) pomidorami, uciekając przed dinozaurami…



14:02, daria_nowak
Link Komentarze (66) »
niedziela, 19 sierpnia 2012

Zadaję sobie to piękne w swej prostocie pytanie od jakiegoś czasu. No dlaczego? Co im szkodzi napisać, ile ten cholerny makaron naprawdę trzeba gotować, żeby był al dente? Czy to jest jakaś tajemnica? Czy chodzi o wiedzę tajemną?

Kupuje człowiek dobry włoski makaron. Czyta – aha 11 minuti ma gotować i będzie gut. Gotuje zatem, pomieszywujac od czasu do czasu, odlewa i dostaje miękkie kluski. Wściekły zmienia więc na mniej dobry i polski – tym razem 9 minut. Ok. niech będzie. Gotuje, miesza. I co? I znów ciaputki totalne, rozłażące się pod widelcem. Wściekły kupuje różne – złe, dobre, markowe, no namy i tylko psiego jeszcze nie nabyłam w rozpaczy… i wciąż to samo 12 minuti – ciapa, 7 minuti – breja… O co, kurwa, chodzi?

Teraz gotując kluchy stoję nad nimi z szaleństwem w oku i łychą cedzakową w dłoni, by co 30 sekund wyciągać przypadkową kluchę i próbować. W efekcie jestem nażarta do wypęku półsurowym makaronem, zanim podam obiad.

Kochany pamiętniczku, czy to jakaś zmowa jest? Czy napisanie prawdy na pudełku boli?



12:46, daria_nowak
Link Komentarze (30) »
piątek, 17 sierpnia 2012

Po dwóch weekendach wyjazdowych jakoś mnie diabli noszą. A tu w pracy być trzeba i nawet konstruktywnie myśleć…

Gnieciona wewnętrznym bleee, wynikającym ze świadomości, że w najbliższym czasie żadne eldorado mnie nie czeka, wracałam sobie wczoraj do domu spacerkiem, z obrzydzeniem i powoli. Aż tu nagle, całkiem niespodziewanie natknęłam się na dwie panie z pieskiem. Nic takiego niby, żadne dziwo, łażę po mieście to i ludzi spotykam, a bywa, że i psy nawet, tyle że w jednej z pań rozpoznałam jednostkę znajomą. Moją wychowawczynię z LO.

Nie pałałyśmy do siebie sympatią raczej, by nie rzec, że niechęć szalejąca między nami była intensywna i obustronna, więc w pierwszej chwili i w zdrowym odruchu, całe mojej jestestwo domagało się w tył zwrotu. Dupa, niestety… Na jej twarzy zdążyło odmalować się rozpoznanie ofiary i już wiedziałam, że jest za późno.

Wpojona kultura wymaga się chociaż przywitać i zadać kurtuazyjny zestaw pytań, na które odpowiedzi wiszą mi i powiewają kalafiorem.

I ja się grzecznie pytam – po co? Bo mamusia nauczyła? Bo kulturalny człowiek tak robi? Bo wypada? Przez lata nauki nie miałam ochoty mieć z tą Panią do czynienia, ale musiałam. A dziś? Po kiego mam grzecznie uśmiechając się kłami i dopytywać jak tam w pracy i czy wszystko dobrze, kiedy nie obchodzi mnie to nic, a nic? Mieszczańskie to strasznie i aż mi, normalnie, głupio!



15:12, daria_nowak , a bo tak!
Link Komentarze (53) »
środa, 15 sierpnia 2012

Ciężko pisać o książce, której się nie czytało. Ale, że, jak rzekłam nie ma rzeczy niemożliwych – napiszę przed przeczytaniem.

Chyba większość z nas słyszała co nie co na temat książki „Pięćdziesiąt twarzy Greya” i dwóch kolejnych tomów pióra E.L. James. Nie rzecz w fabule – banalnej do bólu: studentka literatury Anastasia Steele ma przeprowadzić wywiad z przystojnym i bajecznie bogatym Christianem Greyem. Biznesmen szybciutko składa jej oryginalną seksualną propozycję i młódka wikła się (świadomie) w sadomasochistyczny romans. Rzecz w fenomenie – 20 milionach sprzedanych książek. Znaczy się – baby oszalały na punkcie ostrego seksu z akcesoriami. I to baby w różnym wieku.

Abstrahując od samej książki, ciekawym jest, co kobiety pociąga w literaturze ostro erotycznej. Przecież głośno deklarują raczej niechęć do pornografii, która sprowadza seks do prostego mechanicznego aktu. I choć ok. 20% (raport CBOS) w Polsce (30% w USA) ma kontakt z porno, to jednak babskie filmy są inne – bardziej skupione na grze wstępnej, wiarygodności postaci, traktowaniu kobiet z szacunkiem, całym ciele.

Niby książka, nawet słaba, ma kilka warstw, nie skupia się tylko na narządach, ale opisuje osoby i sytuacje działając na wyobraźnię. Wciąż jednak nie jest oczywiste czemu BDSM, wiązanie, spełnianie czyichś zachcianek, przedmiot w miejsce podmiotu? Wszak to zaprzeczenie delikatnemu babskiemu porno z przesłaniem: kwiatkom, bławatkom, głębokim spojrzeniom i happy ever after.

Roboczo odpowiedź upatruję w … zagubieniu mężczyzn. I tak, wciąż jestem feministką, żeby nie było. Niemniej jednak, w układach, czy związkach partnerskich, mężczyzna ma wartość, a nie robi za kwiatek do kożucha. Jest kimś, na kim można polegać, z czyją opinią się liczyć, kto w razie czego wyciągnie pomocną dłoń, bo wiadomo, każdemu się czasem przyda. Faceci, zagrożeni rosnącą siłą kobiet, ich samodzielnością i decyzyjnością nie bardzo wiedzą jaką drogę obrać, zapominając, że rola przywódcy stada i króla dżungli to nie jedyna, jaką mogą pełnić.

Kobiety – i te na stanowiskach i te żyjące sobie gdzieś tam normalnie, statecznie, wciąż oczekują od swoich mężczyzn siły, skałowatości, oparcia. Wciąż chcą czuć, że jeśli wszystko się już całkiem spierdoli – to ich mężczyzna miast uciekać w przydepnięte kapcie DA RADĘ i pocieszyć i znaleźć rozwiązanie.

Czy to znaczy, że w głębi duszy marzymy tylko o byciu zdominowaną? Nie sądzę. Myślę że raczej marzymy o mężczyznach silnych, którzy nie muszą swojej krzepy udowadniać przy pierdołach. I takich, którzy dają nam Powera, żebyśmy same miały siłę walczyć na co dzień.

A w łóżku… Pole do popisu całkiem dobre;) Czyż nie?



wtorek, 14 sierpnia 2012

Od czego by tu…

Bo po kolei nie dam rady i mnie rozerwie. To może od środka. Do Wilgi pojechałam, bo nie będę siedzieć w domu tylko dlatego, że komuś znów nie wyszło i niedasię. I nie stracę 2ch dni urlopu na porządki i siedzenie przy kompie, bo tak jakby znów nie było komuś po drodze oraz kataklizmy się zwaliły! Zwaliły się obiektywne rzecz biorąc. Ale ja mam to w dupie! Mam prawo mieć to w dupie! I się wkurwiłam tak straszliwie, że z wściekłości się poryczałam. Widok nieczęsty, kto mógł powinien był podziwiać, albo słuchać uważnie i się upajać, bo się, kurwa więcej nie trafi! NO!

Jako, że mnie da się wszystko, a jakby trzeba to i stopem pojadę, drzwiami obrotowymi trzasnę, brzytwą ziemniaki obiorę, a może nawet wespnę się na górne leże w wagonie sypialnym i takie tam różne, więc o 12 z groszami, w niedzielę wylądowałam na miejscu. Z idealnie wydepilowanymi nogami, manicurem oraz pedicurem, okiem wytuszowanym kusicielsko, w cholernej bluzeczce na guziczki, bucikach pep toe, włosami w łagodne fale i w ogóle na wypasie. W środku lasu. Sama.

I tak siedziałam sobie, odstawiona jak stróż w boże ciało, na tarasie lichego domku w środku niczego, smętnie popijając piwko, z gryzącym piachem pod powiekami, pochlipując z cicha nad swym marnym losem, gdy naszedł mnie nastrój rewolucyjny! Nie będę ryczeć jak syrena okrętowa, bo mi się plany posypały. Nie będę robić za leśną ofiarę losu! Wdech, cycki do przodu, podbijamy świat!

I polazłam podbijać, choć już w trampkach, bo w obcasikach to by się na pierwszym zakręcie zabiła na śmierć na szyszeczce. Właśnie. W rezultacie poniedziałek imprezowałam przez pół nocy, co mi niezwykle dobrze zrobiło na samopoczucie krótkofalowe, humor bieżący oraz stosunek do najbliższego otoczenia.

I tak sobie myślę, że może i dobrze się stało? Więcej się nie zawiodę. Odpuszczam jednostkowi od niedasia. Teraz niech on staje na głowie, jak chce, ja mówię pass. Albowiem, gdyż, ponieważ, czasem magiczne słówko „przepraszam” nie wystarczy. Sporo wymagam od ludzi, dużo też z siebie daję. I gdy już poukładam plany (a plany rzecz święta!), wezmę urlop, zamówię ośrodek, stanę na głowie, upakuję tonę klamorów, staników, koszulek koronkowych i innych słodziaczków w małą podręczną torbę kosztem porządnego swetra, BA! wydrukuję zakupiony bilet na PKS do Garwolina (ja! PKS! JA! Boszzzz…) nastawię się psychicznie i już, już jestem w ogródku i witam się z gąską… to to jest właśnie ten moment, gdy uprzejme „przepraszam” należy sobie wsadzić głęboko w dupę. Przeprosić to można jak się herbatę rozleje, albo bąka puści w towarzystwie. Jak się kierowca zagapi i za gwałtownie zatrzyma samochód na światłach! Można tez uwentualnie przeprosić, gdy się komuś całkiem niechcący nastąpi na śródstopie buciczkiem ze szpilą. Ale tu już za efekty nie gwarantuję…

Na bank nie wystarczy przeprosić, gdy się komuś przywali z byka w splot słoneczny. Ale to tylko takie moje, nic nie znaczące zdanie. I przecież mogę się mylić. Albo na ten przykład  histeryzować.



15:29, daria_nowak , a bo tak!
Link Komentarze (42) »