Zakładki:
. GANG PACZĄCYCH CZAROWNIC
. GANG SYNOWYCH
0. Moje szablony
1. Zawsze:)
2. Na dobry dzień
3. Deser
4. Koty i psy
5. Tematyczne
6. Inne

Drukuj!

forum o css

z uśmiechem

czwartek, 14 listopada 2013

Powszechnie wiadomo, że chorowanie bardzo źle wpływa na cerę. Jako, że siedzę w domu już 12 dzień, a lekami piętrzącymi się na moim stoliku można obdzielić dwie średniej wielkości apteki, zaczynam przypominać zombiaka. I nic nie pomaga wrodzona uroda, bo z lustra patrzy na mnie nieboszczka po ekshumacji. Co z tego, że stosunkowo atrakcyjna?

Nie mogąc znieść podupadania urody podjęłam męską decyzję o odrestaurowaniu mordy przy pomocy naturalnych składników już posiadanych, bo wychodzić wciąż nie mogę. To znaczy wyszłam po świece. Ale każdy na moim miejscu by wyszedł po świece przecież. I to blisko było, więc … się nie liczy. Chyba.

Na fejsiku siedząc z nudów znalazłam przepis na cudowną maseczkę. Na trzy konkretnie. Stwierdziłam, że czemu nie, zrobię jedną po drugiej i opiorunuję efektem. Dwie pierwsze zniosłam z godnością, różnicy nie zauważyłam, ale liczę, że działają długofalowo, więc jutro wstanę piękna i powalę blaskiem cery Panią Od Mycia Okien. Co o 7 rano będzie wyczynem wartym opiewania w hymnach. Trzecia zawierać miała napar z zielonej herbaty oraz mąkę ziemniaczaną. Dokonałam rytualnego zaparzenia torebek z herbatą, w czeluściach szafki odnalazłam zakitraną torebkę mąki i przystąpiłam do dzieła. Ostudzonej herbaty wyszedł mi spory naparstek. Dowaliłam dwie łyżeczki mąki. Pomieszałam. Otrzymałam ciało stałe. Zaparzyłam nową herbatę. Dolałam. Wyszła zupa. Dodałam mąki. Maseczkę mogłam kroić. Dodałam naparu… i tak kilka razy. W efekcie maseczką, o dość dziwnej konsystencji, mogłam pokryć całą siebie, koty, przyjaciół z boiska, a niewykluczone, że również pasażerów warszawskiego metra. Wszystkich. Jadących w godzinach szczytu. Oraz ich rodziny. I być może inwentarz.

Nadejszła wiekopomna chwila obłożenia się produktem. Metodą polewania łyżeczką próbowałam równomiernie pokryć twarz. No nie szło. Całość była ni to płynna, ni to stała. Coś jak krochmal. Nalałam sobie głównie do uszu. Nie oto wszak szło, więc zmodyfikowałam metodologię. Po chwili w maseczce była cała łazienka, fragmenty przedpokoju, dwa zaciekawione catus domesticus oraz moje kochane kapcie. Ale się nie poddałam!!! Rozsmarowałam co się dało, okapałam resztę do umywalki i poszłam wysychać. 3 minuty później zaczęłam się kruszyć. Z nieruchomej twarzy osypywały się płaty białego pyłu. W planach miałam 20 minut relaksu, więc zacisnęłam zęby i trwałam. 3 kolejne minuty później poczułam, że coś jest nie halo i nie podobają mi się moje odczucia wewnętrzne. Coś jakby robaczki po mnie pełzały. Nie wyrabiając się na zakrętach pognałam do pokapanej łazienki i w szaleńczym pośpiechu pozbyłam się skorupy z twarzy. Robaczki na szczęście były wytworem chorej wyobraźni, za to czerwone plamy namordne już nie… Teraz dochodzę do siebie i do stanu sprzed maseczki. Wolałam się w wersji żywego trupa.



wtorek, 29 października 2013

Ledwie wróciłam do dom i runęłam sprzątać Guciowe szczochy (zdrowieje, ale jeszcze leje), gdy rozdzwonił się telefon. Tiutiu tiu, tiutiu tiu…

- Witam Panią, nazywam się Romualda Piździubździńska i chciałbym Panią zaprosić na spotkanie… - rozpędzony głosik zaszczebiotał mi prosto w korę mózgową.

- Nie dziękuję, nie jestem zainteresowana.

- Ale preszę pani, tu chodzi o pani zdrowie, gdyż…

- Mimo wszystko, dziękuję!

Odłożyłam słuchawkę i wróciłam do szczochów. Tiutiu tiu, tiutiu tiu…

- Dzień dobry Pani! Nazywam się Euzebiusz Karakułowacki i pragnę uprzedzić, że nasza rozmowa jest nagrywana! … - tym razem głos entuzjastyczno - konfidencjonalny, jakby rzeczony Euzebiusz chciał się ze mną podzielić świeżutko ukradzionym milionem złotych.

- Cieszę się, niemniej jednak nie skorzystam z Pańskiej oferty.

- Ale proszę Pani! Pani jeszcze nie wie…

- Dziękuję.

Sru słuchawkę. Dobra, gdzie odłożyłam papierowe ręczniki? Tiutiu tiu, tiutiu tiu…

- Witam! Mam dla Pani wspaniałą ofertę. – Ton znudzony, zero emocji.

- Żegnam.

Jeb telefonem. Wracamy do pachnącej plamy.

Tiutiu tiu, tiutiu tiu…

- Reprezentuje firmę…

- Wspaniale, żegnam.

Tiutiu tiu, tiutiu tiu…

Odłączyłam telefon.

Takie są skutki wyrażania zgody na przetwarzanie danych osobowych udostępnianych przez poprzednią posiadaczkę MOJEGO NUMERU TELEFONU!!! Gdybym ją kiedyś dorwała – zabiję w sposób okrutny i spektakularny. I zacznę od odrąbywania członków toporem! Tępym toporem! Po kawałeczku!



niedziela, 27 października 2013

Ostatnio o wróżkowaniu pisałam lata temu. Wówczas, faktycznie, jeden taki obiecał mi tyle, ile nikt nie byłby w stanie mi dać i się uspokoiłam. Aż do zeszłego miesiąca jakoś… Wszystko przez podstawówkowe spotkanie po latach. Mówiłam już, że baby w hurcie to zuo? A pijane baby to czarna msza normalnie?

Siedziałyśmy w pięć w The Mexican, gadałyśmy o bzdurach, popijałyśmy różowe trunki i jedna z nas wyskoczyła z opowieścią o wróżce. Otóż była, naładowała się energetycznie, uchachała po pachy i jest przeszczęśliwa, bo jej to dobrze na dekiel zrobiło. Zdążyłam pomyśleć, że ja też chcę i kurna(!) czemu ja o tym nie pomyślałam wcześniej (!), kiedy największa imprezowiczka z nas wszystkich (a reszta też nie od macochy) gromko stwierdziła, że jako katoliczka potępia takie praktyki, albowiem to znak Szatana.

Zatkało nas.

Jasne, jako katoliczka, wręcz powinna w sumie… Tyle, że… Nie powiem jak się przez lata bawiłyśmy, co wyprawiałyśmy, w jakich okolicznościach się wzajemnie ratowałyśmy, albowiem nawet ja mam jakieś granice wstydu. O niektórych rzeczach wolałabym zapomnieć, inne (w ocenzurowanej wersji) opowiem wnukom, a jeszcze inne budzą mnie, zlaną zimnym potem, w okolicach 3 w nocy, mimo upływu lat. Poza tym zgrzeczniałam, więc spuśćmy na to zasłonę milczenia. Ona natomiast nie zgrzeczniała i dalej świat jest dla niej jak ostryga.

Tym bardziej się zszokowałam wywodem o tym, jak to Szatan wyziera z czeluści poprzez takie „Wiedzące” i wikła nas w swoje ciemne sprawki, kierując nami podług swojej woli. Chyba wiara zaznaczona w tak konkretny sposób z lekka mnie przeraża. Póki jest abstrakcyjna – bardzo szanuję, gdy ktoś zaczyna mi opowiadać o Szatanie, upadłych aniołach i demonach jako o jednostkach na co dzień tuptających po naszych kuchniach i przedpokojach… cóż, czuję pewien dyskomfort…

W efekcie, wysłuchawszy bez wtrącania się, albowiem jako jednostka niewierząca uznałam, że nie powinnam się mądrzyć przesadnie, ugruntowałam w sobie potrzebę potkania z wróżką. Bo tak!

I poszłam, a co! Szanowna Wróżka okazała się być fajną dziewczyną w moim wieku, która zamiast dzień dobry podała mi kilka faktów, dat i imion, trafiając idealnie. Przy czym - nie dała mi się odezwać ani słowem. Mogłam ewentualnie coś spuentować, jeśli ona daną kwestie omówiła już do końca, albo podtrzymując szczękę kiwać głową pomrukując „mhm, mhm”.

Czy się sprawdzi to, co mi powiedziała? To kwestia zdecydowanie wtórna. Byłoby miło, nawet bardzo, bardzo miło, ale jeśli nie – przeżyję. Wizja, jaką przede mną roztoczyła częściowo pokrywa się z moimi marzeniami, w dużej mierze z tym, co tłucze mi do łba koleżanka Magdalena, a częściowo wychodzi ponad najśmielsze oczekiwania. A co będzie?

To, o co sama się postaram!



wtorek, 22 października 2013

W gabinecie, za wielgachnym biurkiem, siedział Najgłówniejszy z Głównych oraz cztery baby - szanowne komisantki, rozlokowane z fantazją – to na kanapie, to na fotelu, to na krześle. Żadna nie wisiała na żyrandolu, być może z braku takowego. Komisantki, z grzecznie skrzyżowanymi nóżkami, całkiem nieprofesjonalnie, za to w pośpiechu, kończyły przełykać czekoladki. Do gabinetu weszła kolejna kandydatka na pracownika.

Różowy żakiet, szpilki do nieba, mocno podkreślona figura bogini i przepiękne włosy. Początek niezły, choć jakby mało profesjonalny. Nic to, dajmy jej szansę!

Koleżanka kandydatka, obrzuciwszy nas starannie wzrokiem, popisała się przenikliwością i usiadła wyraźnie wykręcając się dupą do komisantek i gładkim licem do Najgłówniejszgo (jako komisantka z lewej miałam doskonały widok na rozporek w jej spódnicy)… i zaczęła czarować. Ha ha ha oraz hi hi hi, potrząśnięcie główką, zalotny uśmieszek, poprawienie nóżki. Och jakaż jestem rozkoszna niunia. Bla, bla, bla, chichocik.

Paplała non stop nie mówiąc właściwie nic. Biały szum normalnie. Starałam się wyłapać jakiś sens poza autoreklamowym bełkotem… No bo ona jest taka chętna do pracy, nie ma doświadczenia ale lubi się UCZYĆ i jest taka POJĘTNA i zawsze w szkole jej mówili, że jest bardzo zdolna i ona ZAWSZE chciała u nas pracować, albo gdzieś podobnie. To było jej MARZENIE i KARIERA specjalnie dla niej, bo ona zna PRAWO, się przygotowała i wie, czym my się zajmujemy i ona tez by się chciała TYM zajmować. Potrząśnięcie włoskami, uśmiech, chichocik. Mogłaby tak długo i w kółko, susząc zęby do Najgłówniejszego, gdyby nie to, że po trzeciej nawrotce o marzeniach mieliśmy dość.

Wcięłam się gładko nawiązując do tego nieszczęsnego prawa. Grzeczniutko i pokornie, jak olana komisantka powinna, wręcz z zażenowaniem, zapytałam, czy zna akty prawne na których pracujemy.

Laka odwróciła się, jakby mnie pierwszy raz na oczy widziała, z wyrazem twarzy urażonej łani i mordem w oczach. Na licu malowało się pytanie „Czego kurwa? Kim ty wogle jesteś panna? O co ci c’mmon?” i natychmiast odparowała „TAK”, jakbym ją pytała o to, czy liczyć na palcach do dziesięciu umie. („Tak” było zdecydowane, pewne siebie. „Tak” powinno było mnie wgnieść w fotel, przywalić, poturbować i być może zjeść…) i nie czekając zwróciła buźkę do Najgłówniejszego, celem dalszego się wdzięczenia i opowiadania o MARZENIACH.

Ale ja już byłam w siodle. „A niech mi Pani powie… tytuł jakiegoś przykładowego aktu prawnego? Krótkie omówienie treści?” Twarz różowej królowej zrobiła się jakaś pusta. „Jakiegokolwiek, z dowolnej dziedziny…” Stupor trwał, cisza brzęczała, koleżanki komisjantki mijały się wzrokiem, Najgłówniejszy poczerwieniał na twarzy i gapił się w sufit.

„To może ja” rzekła koleżanka komisantka „Zapytam prościej – jakieś rozporządzenia? Ustawy? Z zakresu naszej pracy Pani zna? Wie Pani czym się tu zajmujemy” „Poza marzeniami” – dodałam złośliwie półgębkiem, co wzbudziło w zwierzchniku duże zainteresowanie obrazem wiszącym nad moim łbem, widywanym przezeń codziennie od 10 lat. Być może odkrył nagle jakiś interesujący szczegół.

Yyyyyyyyyyyyy” powiedziała kandydatka, a koleżanka komisantka gładko zakończyła „To może już podziękujemy”.

Jeśli jednak sądzicie, że to koniec, to jesteście w mylnym błędzie. Kandydatka przekonywała nas jeszcze długo, prosząc o szansę na spełnienie marzeń. W pewnej chwili miałam wrażenie, że wszyscy umrzemy ze starości, budynek obróci się w niwecz, przyjdzie nowa era lodowcowa, a kandydatka będzie nawijać.

W końcu wyszła, choć dopiero po tym, jak zmęczony Najgłówniejszy z Głównych, nie mając już siły na zachowywanie pozorów, rzekł z mocą „Dziecko, jesteś ładną, młodą kobietą, ale do tej pracy to Ty się nie nadajesz”, a szanowna komisja podniosła się z siedzisk celem wywarcia presji psychicznej...

Ciekawe czemu nie lubię rozmów z kandydatami do pracy?

środa, 16 października 2013

Poprzednio napisałam, tym razem skuszona przez Berbrysa też sobie pozwolę. W końcu wszystko zaczęło się na bloxie:)

Bezpośrednio natomiast zaczęło się od wkurwu – klasyka; totalnego wyciszenia –nowość; zmiany charakteru in plus (!!! WRESZCIE!!!) oraz decyzji, że będę świadomie lepszym człowiekiem. Cieplejszym, empatycznym, ale i bardziej zdrowoegoistycznym. Dużo odpuszczę, mniej przyjmę do siebie, zrozumiem, ustalę granice, przestanę grać na cudzych emocjach, oduczę się manipulacji. Taka matka, żona i kochanka w jednym. Decyzja trudna nie była, samo mi to jakoś wychodzi na bieżąco, choć bez chłopa i dzieci. I to wszystko stało u podstaw radosnego udziału w …

II ZLOCIE CZAROWNIC w Białych. Konkretnie: Stokach i Wieżach.

Co się polepszy, to się popieprzy, więc urlopu w planowanym wymiarze nie dostałam. Rozpustnie chciałam czwartek - poniedziałek i niestety spotkam się z murem oporowym. Otóż czwartek nie. Trudno. Zen.

Do B-stoku dojechałam pociągiem. Nienawidzę tego, ale byłam kwiatem lotosu. W końcu- piękne widoki, mili ludzie, co się irytować, że Centralny śmierdzi? Niezirytowana dojechałam więc do uroczego hoteliku, zostawiłam bambetle i udałam się imprezować do Berberysa, u której gościła już Oksydek, a Iza z Maćkiem mieli dobić z czasem.

Imprezowaliśmy ofiarnie za pomocą piwa Żubr, wyboru win oraz sterty wspaniałego żarcia w oczekiwaniu na niemiecką część wycieczki. Z upływem czasu wzrastało nam oddanie, promile we krwi i miłość do bliźniego. Chcąc stadnie zrobić przyjemność obcokrajowcom, Koleżanka Kierowniczka Wycieczki Berberys uknuła plan. Zakładał on, że jako światowe ludzie, zadzwonimy z pytaniem gdzie oni są, w oryginale, że tak powiem, w języku Goethego i Willyego Brandta :P

Jako stała słuchaczka Rammsteina „Wo bist du” znam doskonale. Poparta, że faktycznie, że nie zmyślam, nie wkręcam i nie bredzę - przez kolegę Maćka, przekonałam Koleżankę Kierowniczkę Wycieczki, która gromkim głosem zakrzyknęła do słuchawki „Wo bist du Marga?” i spotkała się z całkowitym niezrozumieniem oraz odpowiedzią „Co Ty pierdolisz?”. Tak, wtedy zyskałyśmy pewność, że mimo wypitych litrów, dodzwoniłyśmy się dobrze:)

Dalej było jeszcze lepiej. Niemcy dojechali, lekko zaskoczeni wylewnością naszych uczuć szybko napełnili kielichy i gonili nas z zaangażowaniem.

Następnego dnia KKW zapakowała nas do busa, mimo, że jej się rozłaziliśmy po kątach (ja z Oksydkiem do sklepu z ciuchami, Marga z Andreasem do banku i sklepu i wszędzie w ogóle) i pojechaliśmy do Hotelu Żubrówka.

No ja Was proszę, ależ luksusy. Po moich lasach, późnym Gierku i ochlaju z miejscowymi Wilgaczami poczułam się jak w Mediolanie:) Spa, basen, kelner znający skład potraw, szlafroki w szafie i mydło Dove w zestawie…

W knajpie skompromitować się nie zdążyliśmy. No może ja z Margą, bo delikatne damy zażyczyły sobie każda - Patelnię Drwala i co więcej – pożarłyśmy wszystko ze smakiem… Za to wycieczka bryczką była już pełna wrażeń, głównie dla woźnicy, albowiem bredziłyśmy na zmianę. A to o koniach podkuwanych raz na całe życie (Oksyd), a to o stanie cywilnym oraz liczbie przychówku przystojnego wozaka (Berberys), a to o biegach przełajowych w kierunku ścisłego rezerwatu, zapachach wydawanych tylną częścią konia oraz porwaniem przez nieznane plemię ludności rdzennej…(chyba stadnie). Misiek Margi chociaż nas nie rozumiał, ale jak to zniósł Misiek Oksydka i woźnica – pozostanie dla mnie tajemnicą…

Następna kompromitacja nastąpiła w Carskim Buduarze. Kto zna hit Piersi – Bałkanica wie w czym rzecz. I przyznaję się TAŃCZYŁAM, ma to na zdjęciach, a zdjęcia głęboko ukryte…

Kolejny dzień był znów mieszanką obżarstwa, zwiedzania BPN, gadania głupot oraz plątania się pod nogami. Za plus należy uznać, że tym razem nie mądrzyłyśmy się tak strasznie, dając pole do popisu Panom, w związku z czym bardzo dużo dowiedziałam się o konstrukcji niemieckich lokomotyw z XIX wieku. Może niekoniecznie sama treść wywodu, jakby nie było - ciekawa, mnie porywała, ale fakt, że wszystko rozumiem po angielsku, w temacie, całkowicie mi obcym, przyprawiał mnie o orgazmiczne dreszcze. Zaznaczam – nie krzyczałam:P

Kolejnym gwoździem programu były Żubry, których domagałam się od dawna gromkim głosem, nie zważając na nieśmiałe przebąkiwania Andreasa, że kręgosłup go rypie, Margi, że Żubry wszędzie takie same i se mogę w na wyspie Wolin obejrzeć, ani Oksydków, że widzieli je już kilka razy. Na korzyść Oksydków i Berberysa przemawia fakt, że choć widzieli, to nie mieli nic przeciwko kolejnej wizycie. Ogłuchłam, zamilkłam i parłam do zwierzątek. Ja chcę i już! No tu mi akurat delikatność charakteru czasowo zanikła, przyznaję…

I wiedziałam po co mi to! Żubry są boskie! Majestatyczne, spokojne, ale widać, że mają diabła za skórą. Niby stoi taki stoik i żuje trawę, ale wiesz, że jak mu się odwidzi, jak pójdzie w długą, to nie ma granic ni kordonów! Piękne! Mogłabym się na nie gapić godzinami czekając na ten błysk w żubrzym oku…

Oczywiście dnia następnego była i Baristacja, zwana przeze mnie uparcie Bistracją, czego się już chyba nie oduczę, był i B-stok i radosny 4-godzinny powrót do domu w korkach… Ale dla mnie wciąż były Żubry, lasy, najpiękniejsze kolory świata, snujące się mgły, zapach liści, szum wiatru. Zostałam w tej puszczy całą sobą.

I chyba, w jakimś sensie, wciąż tam jestem, bo gdy zamykam oczy widzę n-setletnie dęby, chatynki jak z bajki, chmury goniące po niebie stada ptaków, słyszę stukot końskich kopyt, a w ustach czuję smak wiatru.

P.S.

Po raz kolejny stwierdzam, że dziewczyny są boskie. Zupełnie inne, niż na bloxie, a jednocześnie dokładnie takie same... A ich Miśki? Ich Miśki, to już zupełnie inna, równie fajna historia:)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 96